środa, 6 marca 2019

"Wyspa" recenzja powieści Sigríður Hagalín Björnsdóttir




Declare independence – wzywa Bjork naród Wysp Owczych i Grenlandii w jednym ze swoich muzycznych utworów. Obydwie wyspy nadal pozostają pod panowaniem Danii, jak niegdyś Islandia. Kraina lodu, z której pochodzi Bjork, to kraj posiadający jedną z najbardziej konkurencyjnych gospodarek Europy. Rybołówstwo, hodowla owiec, przemysł lekki i spożywczy oraz niewielkie fabryki pozostałych jego gałęzi – to, obok turystyki,
całkiem niezłe źródła utrzymania gospodarki. Aktywne wulkany gwarantują termalne wody,
a te wykorzystuje się do ogrzewania mieszkań, jak również szklarni, w których uprawia się warzywa i kwiaty. Wszystkie podstawowe potrzeby społeczności pozornie mogą zostać zaspokojone dzięki zasobom, które są dostępne na wyspie. Dopóki nie staniemy przed sytuacją, że potrzeby społeczności muszą zostać zaspokojone jedynie z tych dostępnych źródeł.

Sigridur Hagalin Bjornsdottir, islandzka dziennikarka, przedstawiła taką sytuację w swojej powieści „Wyspa”. Islandia zostaje niespodziewanie odcięta od świata. Pozornie niewiele się zmienia, a brak kontaktu ze światem wydaje się chwilową niedogodnością. Ot, zerwało się podmorskie łącze, istotna ale naprawialna awaria;  atrakcja taka, będzie o czym mówić. Internet działa tylko na terenie kraju, ale działa, prąd jest, sklepowe półki przecież pełne, no, może turyści trochę narzekają, że nie mogą wrócić do domu, ale od  tego są przecież jakieś służby. Dziennikarze zadowoleni z tematu, obowiązki prezydenta  i premiera przebywających poza krajem przejmuje Ministerstwo, a życie zwyczajnych ludzi toczy się dalej. Do czasu. Wysłane na rekonesans  samoloty znikają z radarów,  urywa się łączność z kolejnymi wypływającymi statkami, i nikt nie wraca, i nikt nie szuka, a wszystko już trwa dni, tygodnie, miesiące…

Islandzką historię izolacji poznajemy z perspektywy kilku mieszkańców kraju. Wraz z Hjaltim, dziennikarzem, odkrywamy zakulisowe zmagania polityków; razem z Marią, skrzypaczką, obserwujemy upadek kultury i moralności; towarzysząc dzieciom Marii walczymy o podstawowe dobra: żywność i poczucie bezpieczeństwa. Nasi bohaterowie nie spełniają w powieści jedynie funkcji obserwatora, dziennikarza, czy artystki. Są także jednostką, która przeżywa, zmaga się, odbiera izolację na swój własny sposób, odkrywa w sobie cechy, które w zwyczajnych okolicznościach by się nie przejawiły.

Kolejnym bohaterem w powieści jest Społeczeństwo. Początkowy niepokój mieszkańców Islandii zmienia się z czasem w przerażenie i walkę o przeżycie. Szansę mają głównie jednostki  silne, sprytne bądź przydatne. Pieniądze tracą wartość, a barter staje się głównym płatniczym środkiem. Edukacja zawęża się do nauki praktycznej, pozwalającej fizycznie wyprodukować i wyhodować to, co pomoże przeżyć. Tworzy się nowy porządek, bezduszny i rygorystyczny na szczeblach władzy, równocześnie chaotyczny organizacyjnie i bezkarny w działaniach wykonawczych.

Kompozycja książki jest ciekawa. Oprócz relacji wydarzeń z punktu widzenia kilku mieszkańców wyspy znajdziemy tu również fragment pamiętnika, a także dziennikarskie artykuły. Język książki cudownie literacki; doceniam również wspaniałe tłumaczenie. I chociaż pomysł fabularny dla niektórych może wydać się zużyty, to uważam, że książka wnosi wiele nowego. Zamkniętych społeczności, w obliczu tragedii, czy innych izolacji w powieściach było dużo. Oczywiście, że nie porównam „Wyspy” do „Dżumy”czy „Władcy much”, ale czy jest gorsza niż „Metro 2033”? Nie jest. Po prostu jest inna. A spojrzenie na izolację z perspektywy życiowo funkcjonującej wyspy jest ciekawym doświadczeniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz