Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 listopada 2020

Michel Deon "Liliowa taksówka"





"Liliowa taksówka" Michela Deona

Irlandzkie miasteczko, dzikie krajobrazy, mieszkańcy i przyjezdni, niepokoje i zauroczenia. I taksówka, która przemierza historię opowiedzianą przez głównego bohatera - relację z nieśpiesznych, acz wciągających małomiasteczkowych wydarzeń. Niby nic nadzwyczajnego w tej historii nie ma - ot, obyczajowa opowieść z elementami kryminału, zimnym wiatrem na wrzosowiskach i odrobiną romantyzmu. Niby nic, ale słowa Deona mają w sobie niesamowicie wymowną moc:  nad stronami książki unosił się z wiatrem krzyk spłoszonych bekasów, czułam krople siekącego  po twarzy deszczu, zapach torfowisk mieszał się z aromatem porannego jajka na bekonie - byłam tam całą sobą, obserwowałam ptaki, mokłam, marzłam, pędziłam liliową taksówką.

Żałuję, że nie ma więcej tłumaczeń innych powieści Deona, że już nie doświadczę mocy jego słów, że nie przeczytam...

Przede mną filmowa adaptacja "Liliowej taksówki" z 1977 r. Przynajmniej tyle. 
Lekturę polecam.

wtorek, 10 listopada 2020

Recenzja serii Penny Reid "Kółko singielek miejskich"



Na tytuł serii "Kółko singielek miejskich" mąż mój parsknął śmiechem. I prawidłowo - bo już sam tytuł wskazuje, że to romantyczne komedie.

Siedem przyjaciółek - inteligentnych i z humorem   - spotyka się w każdy wtorek na pogaduchy i dzierganie. Szydełkują, robią na drutach i rozprawiają o swoim uczuciowym życiu, które jest średnio średnie. Jak łatwo się domyślić, każda część serii opowiada historię miłosną jednej z dziewczyn. 

Pierwszy tom serii, czyli  "Randka z homo sapiens" to bardzo zabawna opowieść o Janie - dziewczynie, która składa się z ufności, uwielbienia dla encyklopedycznych faktów i ponadprzeciętnych matematycznych zdolności. Ufność Janie sprawia, że nie zauważa zbliżającej się katastrofy w dotychczasowym związku, na dodatek niespodziewanie zostaje zwolniona z pracy. Ratuje ją z opresji "ochroniarz" Quinn, który doceniając fotograficzną pamięć Janie i matematyczną lotność, oferuje jej pracę. I siebie też oczywiście.

Spotkałam się z zarzutem, że główna bohaterka zachowuje się głupio i nie zauważa oczywistych rzeczy. Ups! Janie jest typowym przykładem osoby, która posiada wyobraźnię ejdetyczną, co jest niewątpliwie niesamowite, ale może utrudniać jej dostrzeżenie oczywistości i odczytanie intencji innych ludzi. Poczytałam, dowiedziałam się - i będę bronić zachowania Janie. Nieczęsto spotyka się w romansie  taką osobę - nieoczywistą, inteligentnie wygadaną i  ...  poniekąd dziwną. 

W tomie "Przyjaciele bez bonusu" druga miejska singielka znalazła swoją miłość. Tym razem to pani doktor Elizabeth, która dość niechętnie odświeżyła przyjaźń z Nico - irytującym przyjacielem z dzieciństwa, obecnie atrakcyjnym showmanem. Nico próbuje przekonać Elizabeth, że łączy ich coś więcej niż przyjaźń - dziewczyna jednak, pełna obaw i niemiłych wspomnień, nie pozwala sobie na uczucie. Oczywiście ma pod górkę. Mur wątpliwości atakowany jest z kilku stron: przez rodzinę Nico, paparazich, niezrównoważoną stalkerkę i głupie serce. 

"Haker i dziewczyna", czyli tom trzeci, to moja ulubiona część. Tłumaczenie tytułu "Love hacked" trochę wydawnictwu nie wyszło, ale wybaczam. :) Przemiła pani psycholog Sandra i przystojny kelner Alex hakują nawzajem swoje serca. Skrycie, nieświadomie, ostrożnie, momentami niechętnie - ale skutecznie. Sandra - singielka przed trzydziestką, regularnie umawia się na randki w tej samej restauracji. Każda z randek, zamiast ognistym seksem, kończy się sesją terapeutyczną faceta, z którym przyszła, oczyszczającym morzem łez i  "tylko" przyjaźnią - czasem jeszcze przed kolacją. Co dwa tygodnie kolejna próba i kolejna przyjaźń. A Sandra usycha z braku miłości. Kelner Alex obserwuje Sandrę i jej randki od dwóch lat. Pewnego wieczoru, postanawia złamać schemat - po opuszczeniu stolika przez kolejnego uprzyjaźnionego,  przysiada się do Sandry i je z nią kolację. To początek miłosnego binarnego kodu, gdzie na dwójkowy system Sandry i Alexa złożyło się 0 (zero) psychoterapii i 1 (ten pierwszy) namiętny pocałunek. Potem ciąg zero jedynkowych przepychanek, który ostatecznie tworzy wspaniały uczuciowy zapis. 

Co według mnie wyróżnia tę serię? Ogromne poczucie humoru bohaterów (i autorki) oraz starannie wyważona mieszanka namiętności i realizmu. Czekam na kolejne części, bo z tak dobrymi romantycznymi powieściami dawno się nie spotkałam. 



poniedziałek, 22 czerwca 2020

"Gniazdo światów" - recenzja książki Marka S. Huberatha




Gavein Throzz, jak każdy obywatel Lavath, zgodnie z prawem w wieku 35 lat opuszcza obecną krainę i przenosi się do Davabel. Podróż na wysokości sekundowej trwa 36 godzin. Jego o 4 lata młodsza żona, której wiek jeszcze nie pozwala na przybycie do kolejnej krainy, wybiera czteroletnią realną podróż statkiem. Do Davabel docierają w podobnym czasie i są równolatkami. Nowy etap w życiu, nowe wyzwania. I żadnych pozytywnych wydarzeń.

Jedna z najciekawszych polskich powieści SF jakie czytałam. Nie bez powodu nagrodzona w 1999 r. Zajdlem, Śląkfą i Srebrnym Globem. Wróciłam do niej po latach, żeby pozwolić zaistnieć bohaterom ponownie. I nie są to przesadnie wzniosłe słowa, tylko odniesienie do treści "Gniazda Światów". To opowieść dla tych Czytelników, którzy choć raz zastanawiali się, co dzieje się z bohaterami, gdy książki nie są czytane. Czy następuje zawieszenie czasu, czy raczej dzieje się wszystko równocześnie? Skąd zmiany w książce czytanej po raz drugi? Rzeczy wcześniej nieuchwytne stają się wyraźne i odwrotnie. Może to nie tylko nasze złudzenie. Może bohaterowie mają tyle wcieleń, ilu Czytelników śledzi ich historię?

Powieść Marka S. Huberatha to gratka dla matematyków i humanistów, koneserów kryminałów i thrillerów, miłośników SF i fantasy, ale przede wszystkim dla wszystkich, którzy chcą przeczytać oryginalną, wciągającą i spójną powieść. Polecam właściwie każdemu. Niech nie zraża etykieta SF. Niech nie odstrasza mało efektowne wydanie. Ważny jest świat, który gnieździ. Ważna jest gra, którą Autor prowadzi z Czytelnikiem. 

wtorek, 5 maja 2020

"Dezerter. Poroniona generacja" Krzysztof Grabowski



Uświadomiłam sobie, że dobiłam do wieku, w którym wspomnienia młodości stanowią znaczny element moich opowieści. I choć staram się nie używać wyrażenia: "ja w twoim wieku", to pośrednio ciągle się przewija: w odsłuchiwaniu starych płyt, cytowaniu fragmentów dawno przeczytanych książek, nakłanianiu córki do czytania lektur szkolnych, czy w poczuciu solidarności z czterdziestolatkami  na koncercie "Dezertera" w czasie OFF Festiwalu w zeszłym roku. 
Nostalgia i wspominki mieszają się z zadowoleniem z tego co tu i teraz. Czyli wiek średni nadszedł.  I fajnie - mogę legalnie grzebać w minionych historiach, nadać im trochę kolorytu i podbić ich ważność. 

"Dezerter" to ten zespół, który miał duży wpływ na ukształtowanie mojego światopoglądu. Z jednej strony ostry, prowokujący - z drugiej inteligentny i z przesłaniem (nie było to oczywiste połączenie wśród zespołów punkowego pokroju). Dawał do myślenia i choć początkowo fascynował mnie tylko buntem, krzykiem i ostrą muzyką, to ostatecznie odczytałam przekaz i sporo zaczerpnęłam z niego na przyszłość. 

Wspomnienia Krzysztofa Grabowskiego - współzałożyciela, perkusisty i autora tekstów "Dezertera" to podsumowanie kilkudziesięciu lat działalności zespołu.* Jak sam autor mówi: "Nie jest to opowieść sensacyjna. Nie jest to dramat obyczajowy. Nie jest to też książka historyczna (...). Ta książka nie jest również biografią zespołu." 

Według mnie wydawnictwo jest materiałem dowodowym w sprawie o niezmienności wpływu systemu na życie jednostki. Obecnie!, czterdzieści lat temu! i jutro!
Zgromadzone w książce wycinki z wywiadów, zdjęcia i kolaże, okładki płyt i kaset, single, murale, klisze, notatki, artykuły podziemnych wydawnictw i plakaty - okazały się niestety ponadczasowe. Szczególnie teksty piosenek zespołu. Bo "Dezerter" to nie chaotyczna szamotanina - to poważne podejście do poważnych spraw, trafna ocena sytuacji i odpowiednie słowa.

Moją ulubioną płytą "Dezertera" jest  "Wszyscy przeciwko wszystkim" z 1990 roku. Czasem do niej wracam - gdy za bardzo poddaję się systemowi, "kiedy widzę armię głupoty i wszechpotężny triumf ciemnoty", albo gdy nachodzi mnie syndrom czterdziestoletniej młodzieży. Słucham, podśpiewuję, karmię wewnętrznego wichrzyciela, wierzę w rebelię... A rano znów odbijam życiową kartę obecności; karnie czekam na paragon z podsumowaniem pogrzebanych ideałów; raz do roku rozliczam się z szarości i skostnienia. 
I jedynie "nikt mi nie może zakazać myślenia", a "anarchia w głowie, to początek wyzwolenia".


Publikacja "Dezerter. Poroniona generacja".
Autor: Krzysztof Grabowski 
Wydawca KAYAX Production & Publishing, 2010

* Zespół działa do dziś. 

czwartek, 30 kwietnia 2020

"Mindhunter" recenzja książki




Lekturę "Mindhuntera" zaczęłam od ... obejrzenia serialu na Netflixie. Była to dobra kolejność, ponieważ prawdopodobnie nie zdecydowałabym się na książkę, gdyby nie spodobał mi się film. A serial jest bardzo dobry, intrygujący, przerażający i klimatyczny. I choć stanowi tylko luźną adaptację książki sprawił, że z zaciekawieniem sięgnęłam po pierwowzór.

Główny autor książki - John Douglas - ponad 25 lat pracował w FBI. Jest autorem programu profilowania psychologicznego, które obecnie stanowi jedno z narzędzi śledczych w kryminalistyce. Pierwsze kroki  Douglasa w tej dziedzinie były trudne. Jego działania spotykały się z krytyką i pobłażliwym podejściem współpracowników.  Ogrom pracy jaki Douglas włożył w rozwój  programu oraz praktyczne dowody na jego skuteczność sprawiły, że kryminalistyka zyskała nowy instrument w walce z przestępczością.
Książka "Mindhunter" to opowieść o trudnej i wymagającej drodze, jaką autor przeszedł, aby ten instrument określić, dopracować i wdrożyć. Niezliczone godziny pracy, wyczerpujące podróże, rozmowy i wykłady, pomoc innym jednostkom w znalezieniu morderców, badanie miejsc zbrodni - z jednej strony poznajemy elementy pracy, jaką Douglas wykonywał, z drugiej - wpływ, jaki jego ogromne zaangażowanie i obowiązkowość miały na życie prywatne i zdrowie.

Najistotniejszym przedsięwzięciem, jakiego podjął się w czasie pracy John Douglas, były rozmowy z najbrutalniejszymi przestępcami i mordercami w Stanach Zjednoczonych. Pozwoliło mu to w jakiś sposób zrozumieć mechanizmy ich działania, co wykorzystywał w swojej pracy, profilowaniu i publikacjach. W książce "Mindhunter" opisy tych spotkań stanowią sporą część opowieści. Spotkałam się z zarzutem, że autor przedstawił je beznamiętnie i bez empatii. Nie zgadzam się z tym. Same historie są tak szokujące, że stonowanie ich opisów, brak epatowania brutalnością i suche przedstawienie faktów sprawia, że nie uderzają aż tak bardzo w czytelnika. Wrażliwej osobie wystarczy świadomość, że wydarzyły się naprawdę. Niepotrzebne są sugestywne opisy.

Oprócz samych historii nieprawdopodobne były dla mnie inne kwestie - związane z prawem w USA. Ogromnym było dla mnie zaskoczeniem, że wypuszczani na wolność, po odbyciu wyroku i z opinią "zresocjalizowanej jednostki" przestępcy (seksualni oraz mordercy), mogą się starać o pracę w policji (!!!). Ich odbyte wyroki są po czasie "wymazywane" z akt, a do warunkowego zwolnienia wystarczająca jest opinia więziennego psychologa. Douglas nie był zwolennikiem takich działań i bardzo często interweniował, niejednokrotnie nieskutecznie. Douglas miał świadomość, że inteligentni przestępcy są również dobrymi psychologami i wiedzą jak zmanipulować system więzienny dla własnej korzyści.  

Nie chcę porównywać filmu "Mindhunter" do książki. Zazwyczaj obydwie dziedziny traktuję jako wzajemne uzupełnienie. Cześć epizodów z książki została przedstawiona w serialu. Podejrzewam, że kolejne historie posłużą za kanwę następnych sezonów. Przede mną jeszcze druga książka Douglasa "Mindhunter. Podróż w ciemność". Mam nadzieję, że będzie równie zajmująca i świetnie napisana. Bo przyznam, że jak na książki stricte amerykańskie, opowieść jest przedstawiona starannie. Może dlatego, że powstała w latach dziewięćdziesiątych, a wtedy jeszcze pisało się dobrze. 

sobota, 25 kwietnia 2020

"Królowie Bourbona" recenzja serii J.R. Ward



Pisarkę J.R. Ward poznałam w czasie mojej fascynacji romansami paranormalnymi. Jej seria "Bractwo Czarnego Sztyletu" okazała się najlepszym wampirzym cyklem, jaki czytałam, a i pierwszy tom "Upadłych aniołów" (niestety, kolejne części w Polsce nie zostały wydane) zawierał nieziemsko magiczny potencjał.   

Najnowsza seria J.R. Ward  "Królowie Bourbona" jest na wskroś realna,  choć niekoniecznie zwyczajna. Bo choć bohaterowie nie przejawiają zdolności nadnaturalnych, to życie jakie prowadzą, jest co najmniej egzotyczne. Przynajmniej dla zwykłego, przeciętnego czytelnika. Ale właśnie o to chodzi. Autorka, inspirując się serialem z lat osiemdziesiątych "Dynastia", stworzyła sagę bogatej amerykańskiej rodziny - producentów bourbona. 

Fascynacja autorki serialem sugerować może, że powieść nosić będzie znamiona opery mydlanej. Jako, że w języku polskim to określenie, w odniesieniu do filmów odcinkowych, ma znaczenie pejoratywne - będę bronić serii J.R. Ward przed taką opinią, ponieważ jest to cykl pisarsko bardzo dobry. Pewne elementy, takie jak mnogość bohaterów, zagmatwanie akcji, niespodziewane powiązania rodzinne, natłok niepomyślnych wydarzeń, romanse i zdrady, kontrasty społeczne i inne, które wpadają na myśl przy określeniu "telenowela" - są wspólne. Jednak język, zmyślność akcji, dbałość o szczegóły, a przede wszystkim rzetelne przedstawienie codzienności, w której zostali usytuowani bohaterowie, świadczy o świetnym warsztacie twórczym autorki.

Rodzina Bradfordów - socjeta stanu Kentucky, dla której przepych i zbytek, to chleb powszedni. Produkcja bourbona od kilku pokoleń zapewnia im luksusowe życie: ogromne posiadłości, stadniny, wysokiej klasy samochody, wszechobecna służba, prywatne odrzutowce i wystawne przyjęcia. 
Ale jak to czasem bywa* - im więcej przywilejów, tym mniej szczerości; im liczniejsza służba, tym trudniej o prywatność; sukcesy i przywileje generują zawiść i intrygi, a miłość i zaufanie są rzadsze od diamentów. 

Po kilku latach nieobecności do rodzinnej posiadłości wraca jeden z synów rodu Bradford. Przyjazd Lane'a jest elementem zapalnym całej historii, a on sam spaja całą fabułę. Spotkanie Lane'a z byłą ukochaną to pierwszy z wątków - kolejne, coraz bardziej dramatyczne i intrygujące, przelewają się przez strony jak bourbon w destylarni.  

"Przepis na bourbona jest tak naprawdę prosty: zacier zbożowy (który według prawa obowiązującego w stanie Kentucky musi zawierać przynajmniej pięćdziesiąt jeden procent kukurydzy, a który tu, w Bradford Bourbon Company, składa się poza tym z żyta, słodowanego jęczmienia oraz około dziesięciu procent pszenicy, dodającej mu aksamitności), woda źródlana pochodzenia krasowego oraz drożdże. A gdy już dokona się cała chemiczna magia, świeży bourbon wlewany jest do osmalonych od środka beczek z dębu białego i leżakuje w (...) magazynach tak długo, aż powstanie z niego dojrzały, mocny i piękny trunek".   [1]

To oczywiście przepis podstawowy. Szczepy drożdży stosowane w indywidualnych produkcjach są ściśle strzeżoną tajemnicą, wykorzystywana woda pochodzi z unikalnego źródła, a leżakowanie trunków odbywa się w wyjątkowych warunkach. To wszystko określa, czy produkt okaże się "przyzwoity, wspaniały lub... całkiem niesamowity". [2]

Podobnie jest z powieścią. Przepis na dobrą sagę rodzinną też jest prosty: wyraźni bohaterowie, dynamiczna akcja, urywanie rozdziałów w najbardziej zajmujących momentach, seks, przemoc, miłość, melodramaty i happy end.  Jednak, żeby książka okazała się niesamowita, potrzeba trochę więcej. J.R. Ward dokonała tego. Zmieszała literackie składniki, dodała swój pisarski styl, odleżakowała poszczególne tomy (och, to wyczekiwanie na ciąg dalszy), z czego powstał smakowity beletrystyczny trunek. 

Jest to książka bardzo dobra w swoim gatunku. Trzy tomy stanowią zamkniętą całość - w sam raz dla przedstawienia tej historii. Nie ma dłużyzn, wyważona ilość dialogów i opisów, ciekawostki z zakresu produkcji bourbona, klimat amerykańskiego Południa. Tytuły dwóch tomów, to terminy związane z procesem produkcji trunku. "The Angel's Share" to ta część leżakującego w beczkach płynu, która wyparowuje (dola, udział aniołów), a "Devil's Cut" wchłania się w dębowe drewno (diabelska działka, danina). Powieść J. R. Ward jest właśnie tym co pozostało: dojrzałym i smakowitym produktem, dystrybuowanym przez wydawnictwo "Marginesy", opatrzonym piękną okładkową etykietą. 


 * w filmach
[1] "Królowie bourbona" J.R. Ward, wydawnictwo Marginesy, 2017, str. 59 
[2] "Dola aniołów" J.R. Ward, wydawnictwo Marginesy, 2017, str. 128

piątek, 20 marca 2020

"Lacrimosa" - recenzja tomiku poetyckiego Marty Fox


Z przejmującą poezją Pani Marty Fox zapoznałam się kilkanaście lat temu na wieczorze autorskim w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Katowicach. Spotkanie z poezją, a przede wszystkim rozmowa z samą poetką zaowocowało wspaniałym okresem w moim życiu.

Dzięki Pani Marcie miałam okazję wziąć udział w nieznanej mi wcześniej formie teatralnej jaką jest czytanie dramatu; poznałam wielu ciekawych pisarzy i tłumaczy w ramach bibliotecznych autorskich spotkań w cyklu "Mistrz słowa" *; powróciłam do czytania poezji; poznałam klimat biblioteczny od strony organizacyjnej, powiększyłam domową biblioteczkę o polecane książki. Pani Marta zainicjowała moje najważniejsze zakładkowe wydarzenie - dzięki Jej staraniom odbyła się wystawa moich zbiorów w dwóch filiach katowickiej MBP.

I choć z czasem prywatna znajomość ucichła, ślady po niej przy mnie pozostały. Nie tylko w formie książek, tomików, dedykacji, zakładek, czy fotografii. To pewnego rodzaju wrażliwość i inne spojrzenie na literacki świat. I bardzo miłe wspomnienia.


Spotkałam się z Panią Martą na zeszłorocznych Targach Książki w Katowicach - chwila rozmowy, miłe słowa wpisane w poetycki tomik, wzruszenie. Minęło kilka miesięcy od tego spotkania, tyle samo od mojego pierwszego uchylenia  stron "Lacrimosy". Do opisania związanych z lekturą wrażeń  potrzeba było czasu, ochłonięcia, wyostrzenia słów, odpowiedniego ich ułożenia.


Czytanie "Lacrimosy" poprzedziłam muzycznym wstępem. Fragment "Requiem" Mozarta, do którego nawiązuje tytuł zbioru, wprowadził melancholijną atmosferę, nastawił mnie lirycznie i emocjonalnie dostroił. 
Delikatny trzepot słów autorki trafiał zatem w struny uwrażliwione na najmniejszy poetycki szelest. I choć w krótkiej przedmowie poetka uprzedziła, że w wierszach tych "wspomnienie najmocniejszych emocji", nie przygotowałam się na podmuch uczuć jaki we mnie wywołały, a który  wzmagał się z każdym kolejnym wierszem, by huraganem...

I w tym miejscu musiałam odetchnąć. Nie dawałam rady przeczytać dwóch, trzech wierszy w ciągu dnia. Bo te co były już we mnie bolały bardzo i potrzebowały pociechy, odpoczynku, ukojenia. Dawałam im czas, spałam z nimi, oswajałam je. Czasem było trudno, nie dawały zasnąć i bolały zbyt długo. Czasem nie pozwoliłam im w sobie zagościć, wypierałam znaczenia, bojąc się, że kiedyś i mnie będą dotyczyć. Nie chciałam się z tym godzić. "Jaka starość, fuknęłam, jaka starość". 

Pani Marta Fox spogląda na życie z perspektywy osoby dojrzałej, mającej świadomość, że na pewne wydarzenia nie ma wpływu, zwłaszcza te przeszłe. W wierszach poetki nie ma żalu, rozpaczy, strachu czy gniewu. Jest smutek - spokojny, cichy, cierpliwy. Jego szept wybrzmiewa delikatnie z każdego wiersza, by złożyć się w silne brzmienie, od którego drży serce. 

Tomik "Lacrimosa" składa się z trzech części. Pierwsza nadała tytuł całemu zbiorowi, kolejne to "Niepokój" i "Tylko cisza". Trzydzieści trzy utwory, słowo wstępu autorki, fotografia i dwie opinie na jednym ze skrzydeł okładki. Na drugim skrzydle wiersz - ten, którego ostatnie wersy wprowadziły nowy element do mojego planu dnia:

"Jeden wiersz dziennie"

Posprzątać biurko, spalić notatki, 
przetrzebić komputer.
Wyrzucać, wyrzucać, wyrzucać.
W liście do córek dopisać:
Róbcie swoje, dziewczynki.
Sukces to niesprawiedliwe słowo.
Ważna jest dobroć.
I jeden wiersz dziennie.
Nie trzeba go pisać,
wystarczy przeczytać.

/Marta Fox/

Więc kartkuję, szukam, wracam, wspominam, czerpię. Czytam.

* MBP Katowice

wtorek, 10 marca 2020

"Konstytucja Apokalipsy" recenzja cyklu książek Denisa Szabałowa



Cykl: "Konstytucja Apokalipsy"
Autor: Denis Szabałow

Tom I: "Prawo do życia"
Tom II: "Prawo do użycia siły"
Tom III: "Prawo do zemsty"

Wydawca: Insignis

Choć wiele powieści z Uniwersum Metro już za mną, czasem lubię wrócić do tego zmaltretowanego, roztrzaskanego i kalekiego świata. Tym razem na miejsce powrotu wybrałam Sierdobsk - niewielkie miasteczko w obwodzie penzeńskim, w którym w dworcowym schronie od 20 lat mieszka garstka ludzkiej społeczności. Główny bohater - stalker Daniła - to chłop mężny i waleczny. Bliskie mu wojskowe klimaty - szkolony w schronie od dzieciństwa wraz z grupą małoletnich przyjaciół , okazuje się być doskonałym dowódcą, strategiem i żołnierzem. Jego znajomość wszelkich rodzajów broni, celność, umiejętność przetrwania w trudnych warunkach na powierzchni oraz perfekcyjna walka wręcz sprawiają, że jest stalkerem - żołnierzem doskonałym i niezawodnym. I choć z opisu przebija lekka ironia, to raczej mało złośliwa. Bo Daniłę uwielbiam - właśnie za jego siłę i doskonałość, za uczciwość i prawość, za umiejętność przyznania się do błędu lub swojej nieudolności, za rozsądek i brak brawurowego ryzyka. Zastanawiam się jednak, jak się uchował tak dobry człowiek w tym zgniłym świecie. Brakuje mi trochę potknięć, egoizmu i atawistycznych odruchów w charakterze Daniły. Czy autor uważa, że jest możliwe w postapokaliptycznym środowisku, istnienie takiego człowieka? Oczywiście Daniła wady ma również - zabija. Wprawdzie wrogów, ale zabija. No, ale jesteśmy przecież na wojnie, o czym Denis Szabałow nie daje nam zapomnieć. Ze szczegółami opisuje rodzaje broni, którymi dysponują przemykający po kartkach książki i po Sierdobsku ludzie. Sprzęt techniczny, profesjonalne pojazdy, pancerne pociągi - no i niewyczerpalne źródła paliwa, aby to wszystko ogarnąć. Może nie byłabym w tej kwestii taka złośliwa, jednak autor zastrzegł w komentarzu do książki, że chciałby przedstawić sytuację bohaterów realistycznie. Moja kobieca percepcja nie godzi się na tak doskonałe wyposażenie  - uważam, że umiejętności bohaterów i dostęp do wszelakich wojskowych dóbr jest przesadzony, a zbiegi okoliczności ułatwiające zdobycie fachowego taboru są wydumane.
Ponadto nie zwraca się uwagi na poziom skażenia wyposażenia budynków, czy zakładów, które odwiedzają stalkerzy. Zbierając łupy nikt nie używa dozymetru, co dalej, po 20 latach od katastrofy, na zewnątrz znajdowane są leki i  żywność, zdatne do spożycia.

Jeśli spojrzymy jednak na powieść jak na twór typowo SF, w którym na dodatek fikcja przeważa nad nauką, historia Daniły okazuje się świetną opowieścią o człowieku, który chroniąc prawo do życia bliskich mu osób, korzysta z  prawa do użycia siły i prawa do zemsty. Dlatego chętnie idę ramię w ramię z bohaterem, biorę udział w walkach, rzucam granatami, pocę się w kombinezonie, tarzam po pustkowiach, kryję w piwnicach, strzelam z okienek na strychu. Poddałam się dowodzeniu Daniły, bo on robi to dobrze. Przetrwałabym w polowych warunkach, nosiłabym ciężką broń, napychała kieszenie granatami - bo z Daniłą warto - właśnie przez tą jego prawość i uczciwość. Takiego bohatera się podziwia, takim bohaterem chce się być.  Z ogromną przyjemnością czytałam o organizowanych akcjach bojowych i taktycznych podejściach; niesamowite zorganizowanie oddziałów, strategie i akcje dywersyjne - to wszystko napisane w przystępnej formie podobało mi się - osobie nie przejawiającej militarnych zainteresowań. Czasem może przeszkadzały mi zbyt szczegółowe opisy militariów (gratka dla koneserów), ale skoro nie miały większego wpływu na akcję - ulatywały mi z głowy po każdym wybuchu granatu. 

Denis Szabałow napisał powieść w trzech częściach. Zaczynając pisać pierwszy tom już wiedział, że wymyślona przez niego fabuła to ciągłość zdarzeń rozłożona na trzy książki. Dlatego - nie jest to trylogia! - to chronologiczna świetna historia o silnym człowieku, który korzysta ze swoich praw w świecie po apokalipsie.

Polecam nie tylko miłośnikom Uniwersum Metro.
  
  

sobota, 29 lutego 2020

"Miasteczko jak Alice Springs" recenzja książki Nevila Shute




Powieść Nevila Shute "Miasteczko jak Alice Springs" otrzymałam od wychowawczyni - jako pamiątkę zakończenie szkoły podstawowej w 1991 roku. Zbyt młoda byłam, żeby zajrzeć do niej od razu. Temat Drugiej Wojny Światowej oraz umiejscowienie akcji w odległej Malezji nie przyciągnął mnie, jednak zaufanie co do wyboru lektur, jakim przez lata szkoły darzyłam moją wychowawczynię sprawiło, że książkę przeczytałam, choć kilka lat później. Proszę wziąć pod uwagę, że nadal byłam nastolatką i dopiero rozpoczynałam swoją przygodę z powieściami o poważniejszej tematyce. 

Młoda Jean Paget - angielka pracująca na początku lat czterdziestych na  Malajach, zostaje jeńcem wojennym po najeździe Japończyków na wyspę. Wraz z grupką kobiet i ich dziećmi skierowana jest do obozu jenieckiego. Na skutek różnych okoliczności kobiety prowadzone są od wioski do wioski, od jednego obozu do kolejnego, przez choroby, zmęczenie, głód, zimno i śmierć. Przetrwać ciężkie chwile pomaga przypadkowo poznany australijski sierżant, który w niewoli służy Japończykom jako kierowca ciężarówki. Joe dostarcza kobietom leki na malarię, mydło i jedzenie. Niestety, kradzież kurczaków sprowadza na żołnierza zemstę z rąk Japończyków - zostaje pobity i ukrzyżowany, a Jean bardzo przeżywa śmierć przyjaciela. Wędrówka kobiet trwa kilka ciężkich miesięcy - po śmierci ostatniego ze strażników, angielki osiedlają się w jednej z malezyjskich wiosek, gdzie spędzają 3 lata do czasu zakończenia wojny. Gdy kilka lat po powrocie do Londynu Jean dziedziczy pokaźny spadek, postanawia część pieniędzy przeznaczyć na budowę studni w wiosce, która udzieliła kobietom schronienia. Jean poznajemy własnie w tym momencie. Historię wojenną opowiada ona swemu prawnikowi, aby naświetlić powody swojej decyzji. 

Gdzie w tej opowieści miasteczko podobne do Alice Springs? Niestety, streszczeniem stałaby się ta recenzja, gdybym opowiedziała dalsze dzieje Jean. Zapraszam zatem do lektury. Czytelny styl autora i wyraźna fabuła sprawia, że książkę czyta się szybko i z przyjemnością. Dodatkowym atutem jest oparcie niektórych wątków na  faktycznych wydarzeniach z czasów wojny (ukrzyżowanie było jedną z kar dla jeńców). Również kreując Joe i Jean autor inspirował się rzeczywistymi postaciami, choć zmienił narodowość bohaterów. Wszystkie te informacje zawarł w notatkach do tekstu książki, a po szczegółowe informacje zapraszam na stronę fundacji promującej twórczość pisarza www.nevilshute.org .

Moja przygoda z pisarstwem Nevila Shute nie zakończyła się na Alice Springs. Udało mi się zdobyć jeszcze trzy wydane w Polsce powieści - "Szachownica", "Stary pan" i "Ostatni brzeg", a "Requiem dla dziewczyny" wypożyczyłam z biblioteki. Tylko tyle z 24 napisanych przez Shute'a książek  zostało przetłumaczonych na język polski. Być może wybór tytułów miał związek z ich adaptacjami filmowo-serialowymi, popularnymi również w naszym kraju. 

Bardzo cenię  pisarstwo Nevila Shute. Obraz Drugiej Wojny Światowej, który obecny jest w większości jego książek (polskie tłumaczenia,  z wyjątkiem "Ostatniego brzegu") bardzo się różni od tego, który poznajemy z innych dostępnych nam lektur (zwłaszcza szkolnych). Opowieści polskich autorów skupiają się raczej na przeżyciach Polaków i Żydów - nieczęsto można poczytać o ludzkich historiach z innych krajów wojennego świata. Lektury Shute'a są zatem wyjątkowe, a poprzez świetną narrację również zajmujące. Doceniam i szczerze polecam.  I dziękuję mojej byłej wychowawczyni za wybór tego tytułu na szkolną pamiątkę. 


  

czwartek, 20 lutego 2020

"Srebrne i czarne" - opis tomiku wierszy Jana Lechonia





Kilka utworów Jana Lechonia odnalezionych w nastoletnich zeszytach z wierszami; powrót do jego poezji poprzez tomik "Srebrne i czarne";  przypomnienie po kilkudziesięciu latach uwielbianych niegdyś wersów uświadomiło mi, że pewne słowa w wierszach zmieniają się z upływem lat, choć ciągle pozostają takie same.

"Srebrne i czarne" to nagrodzony w konkursie literackim tomik poetycki Lechonia wydany w 1924 roku przez Tow. Wyd. "Ignis" (E. Wende i S-ka) w Warszawie. Posiadany przeze mnie egzemplarz jest przedrukiem (reprintem) z 1987 roku. Zachowano oczywiście w nim oryginalną czcionkę, układ wierszy oraz dane zawarte w pierwotnym druku, w tym logo "Ignis". Dodano jedynie aktualną stopkę redakcyjną i komentarz wydawcy, który przybliża nam historię reprintu. 
Tomik wypożyczyłam z Biblioteki Śląskiej; w czytelni bibliotecznej można również zapoznać się z oryginalnym egzemplarzem z 1924 roku. Ciekawi mnie trochę, czy różni się czymś od tego, który mam w ręce, ot, choćby fakturą papieru, czy nasyceniem koloru czcionki. Może kiedyś skuszę się na porównanie. 

Na tą chwilę próbuję skonfrontować odczucia towarzyszące czytaniu wierszy. 
Przyznaję, że w nastoletnich czasach niespecjalnie interesowali mnie autorzy lirycznych wynurzeń. Najważniejsze było, że to o miłości, że o niespełnionej, że ładne i warto zachować, że brzmi...
Dziś wiem, że poezja jest sercem i duszą poety; że ból wiersza to ból w człowieku, zaś blask jego szczęścia rozświetla całe poematy.

Wiersze walczącego przez długie lata z depresją Lechonia są melancholijne. Gdy miłość w nich, to w parze ze śmiercią. Gdy radość, to z goryczą samotności. Jesień świata, jesień życia, "dzień pełen trwogi", spotkanie z Dantem "nocą samotną", Proustem, który śmierć "widzi, i wie, jak wygląda" - posępność i znużenie w poetyckich strofach. 
Dopiero dziś świadomiej doceniam poezję Lechonia. Zauważam słowa niegdyś omijane, odnajduję je w zdaniach i pomiędzy wierszami, wyciągam z nich udrękę istnienia i rozpacz. I czuję "nagle, że już nigdy nie będzie, jak zeszłego lata", że zwyczajne miłosne wiersze nie tylko brzmią - one szepczą i biją na alarm - równocześnie.

Proszę - czytajmy więcej poezji. Tyle jest pięknych utworów - w czasopismach, w gazetach codziennych, na kartkach kalendarzy. Nie oczekują zrozumienia - wystarczy je poczuć, a zrozumienie nadejdzie z czasem. Czytajmy więcej poezji, proszę.

sobota, 15 lutego 2020

"Ucho igielne" - recenzja książki Wiesława Myśliwskiego



"Ucho igielne" recenzja książki Wiesława Myśliwskiego


"Z czyjegoś życia też mogą płynąć dla nas pożytki. Kto wie, czy nie większe niż z naszego własnego. Nasze własne rozłazi nam się, gdy próbujemy je zebrać. Chyba że znajdziemy sobie jakiś stały punkt, z którego będziemy mogli patrzeć, jak się wokół nas obraca, niczym wokół osi, jak płynie, jak wyprzedza nas, jak cofa się przed nami." 

   
Tytuł powieści, to określenie ostatniej zachowanej do dziś furty w murach obronnych Sandomierza - Furty Dominikańskiej. W powieści Myśliwskiego przejście to, kształtem przypominające igielne ucho, okazuje się nie tylko prozaicznym miejscem, w którym mija się i przechodzi. To miejsce magiczne, gdzie czas ulega zawężeniu, a przeszłość zazębia się z przyszłością; gdzie zrozumienie zależy od stopnia, na którym się stoi, a każdy schodek to inny wiek, inna relacja, inne wspomnienie.

Wysokie te schody, którymi idzie główny bohater. Raz schodząc, raz wchodząc, zatrzymując się i przewracając, podejmuje próby zebrania życia; próbuje ustalić punkt, w którym będzie mógł zobaczyć jego trwanie w każdej chwili jednocześnie. Trudna to sztuka, gdy młodość broni się przed starością, szydzi z niej, udaje że nie zna. Starość zaś czeka na nią cierpliwie w wąskim przesmyku igielnego ucha, choć obawia się godziny spotkania: przypadkowa to życia godzina będzie, czy ostatnia? 


"Długą ma linię życia. O, długą. Stąd dotąd" 

Bohater powieści - mały chłopiec, ubogi student, stary profesor, zakochany młodziak - mężczyzna stworzony z przyszłości i wspomnień. Swoją opowieścią snuje długą linię życia, czasem ją pętli, czasem urywa. Jak nić, przepuszcza przez igielne ucho, ale im dłuższa nić, tym trudniej w linii ją utrzymać, więc kłębi się i miesza, i nie wiadomo czy to przyszłość już wspomnieniem się stała, czy może obca nić wplątała się w to co właśnie.  

Wyrywa więc bohater z kłębu wydarzeń przypadkowe włókna i dzieli się nimi z czytelnikami: nieprzespane noce, egzaminy, wróżby Cyganki, opowieści starych ludzi, własne stare opowieści, dom rodzinny, pierwsza miłość. I schody, dużo schodów, schody w górę, schody w dół - przez igielne ucho, przez młodość, przez rozpacz i pomyślność, przez wszystko i nic - do starości, do mądrości, do niepamięci.

Smutna to książka, refleksyjna i dość bolesna. Jedna z tych, od których nie sposób odciąć się po skończeniu, nie sposób zapomnieć. Bo choć opowieść bohatera jest przekrojem fikcyjnego czasu i okoliczności, to fakt przemijania dotyczy nie treści książki (przecież akurat ona jest niezmienna), lecz tego, co poza nią. 


Lektura "Ucha igielnego" to moje pierwsze spotkanie z prozą Wiesława Myśliwskiego. Zaczęłam od ostatniej jego powieści - napisanej w wieku leciwym (autor niebawem kończy 88 lat), a skończę na książkach najstarszych (lecz młodych?). Ciekawa ich jestem i sądzę, że Myśliwski obok Rafała Kosika i Krzysztofa Vargi zostanie moim ulubionym pisarzem. 
  
Lekturę polecam osobom dojrzałym. Młodość jest zbyt narwana, by zdołać zatrzymać się w igielnym uchu. I z pewnością odpowie, że jeszcze nie ma za czym się oglądać. Bo przecież "młodość to wiara, że się zawsze młodym będzie." Niech przez chwilę pozostanie jeszcze nieświadoma, że "to przemijająca wiara".  

***       
Koniecznie muszę wspomnieć o jeszcze jednej sprawie. Myśliwski bardzo często używa wyrażenia "tak że" w znaczeniu "tak więc, zatem". Wyrażenie to piszemy osobno! Przyda się ta informacja wszystkim którzy mylą "tak że" z "także" czyli "również", które piszemy łącznie. Zauważam, że to ostatnio ortograficzna plaga wśród młodzieży i dorosłych, którym "słownik tak podpowiada". I to słyszę od osób oczytanych i wykształconych. Ręce opadają. 

Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Ucho igielne" Wiesław Myśliwski, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018 

wtorek, 10 grudnia 2019

Recenzja książki "Zimowa opowieść" Marka Helprina



"Są ludzie, którzy przemierzają połacie dziejów, nie zostawiając po sobie śladu, choćby nawet dzięki nim zmieniał się świat".

Na pytanie - jaka jest najpiękniejsza książka, którą dotychczas przeczytałaś, odpowiadam niezmiennie - "Zimowa opowieść" Marka Helprina. I choć od jej przeczytania minęło już dobrych parę lat, to nie natrafiłam ponownie w literaturze na utwór tak baśniowy i romantyczny, a równocześnie idealnie trafiający w mój gust kompozycyjny i językowy.

Głównym bohaterem książki jest Nowy Jork - Miasto jako organizm - stworzenie wrażliwe i czułe, zarazem szorstkie i okrutne. Jego dzieje płyną ludzkim krwiobiegiem, dotleniane cząstkami historii powieściowych postaci. Jego płuca nabierają przemysłowego oddechu, a dusza kostnieje w mroźnym tchnieniu.

Nowy Jork i jego bohaterów poznawałam powoli i dokładnie. Zapewne dlatego, że postaci w powieści tyle, ile ulic na Manhattanie.  Każda z  nich  pokazała mi inny zakątek miasta, inny poziom życia i inne problemy. Mnogość opisanych wydarzeń oraz ich szczegółowe przedstawienie pozwoliło mi odkryć wszystkie warstwy metropolii, zajrzeć w każdą sklepową witrynę, przewracać strony w gazetach, ukryć się w zaułkach, wejrzeć w serca mieszkańców. Dzięki plastycznemu językowi powieści chłonęłam wydarzenia, jak rzeka Hudson płatki śniegu. Opisowe chwile zadumy płynnie zmieniały się w wartką akcję, a osobiste dramaty bohaterów przeplatały się z chwilami szczęścia i euforii. Elementy magicznego realizmu spowijające historie sprawiały, że przeszywający chłód zimy mroził strony książki, by tajać po chwili od ciepłych serc nowojorczyków.

"Hardesty stwierdził, że jeśli w ogóle kiedykolwiek zdoła dotrzeć do centrum, będzie innym człowiekiem".

Stuletni wycinek z życia Nowego Jorku, to obraz czasu przemian w trzech wymiarach: ludzkiej ewolucji kulturowej, rewolucji ekonomiczno-przemysłowej i tego co rodzi się pomiędzy - osobowości miejsca. Wszystkie trzy wymiary przenikają się wzajemnie. Rozwój miasta wpływa na zdarzenia w życiu bohaterów, natomiast czyny i decyzje tychże, kształtują kierunki przeobrażeń metropolii i otwierają ją na nowe czasy. I choć Miasto broni się przed zmianami, choć próbuje mrozić czas i utrudnia życie mieszkańcom, to przegrywa z masą i maszyną, stapia się z nimi w jeden twór, podążając wspólną drogą. A wszystko zamglone, prawie nierealne, równocześnie boleśnie rzeczywiste...

Język powieści, szalenie poetycki, stanowiący kolaż różnych form i stylów pisarskich sprawia, że czytanie wymaga ogromnego skupienia. Całkowite oddanie się lekturze wywołuje natomiast efekt zamiany zależności: to nie czytelnik "pochłania" książkę, lecz magnetyzująca opowieść pochłania czytelnika. Wciąga go w wir wydarzeń, nasłuchuje bicia jego serca i igra z uczuciami. A gdy już dopuści do swego wnętrza i poniesie liryczną frazą, czytelnik, po skończonej lekturze,  nie będzie tym samym człowiekiem.

***

"Zimowa opowieść" została wydana w Polsce dopiero w czasie premiery filmu w 2014 r. Film natomiast wszedł na kinowe ekrany po trzydziestu latach od napisania powieści. Adaptacja nie zachęca do lektury - może dlatego, że jest tylko adaptacją, nieudolnym wycinkiem z bogatej treści. Niemożliwym okazało się zobrazowanie tej pięknej, poetyckiej historii w dwugodzinnym filmie. Może nakręcony z rozmachem serial podołałby zadaniu. Nie żałuję jednak, że film powstał, jeśli dzięki temu wydana została na rodzimym rynku powieść. Bo choć nie zostawiła po sobie w literaturze większego śladu, to z pewnością zmieniła mój świat.  

* Wszystkie cytaty pochodzą z "Zimowa opowieść" Mark Helprin, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2014

środa, 20 listopada 2019

Recenzja książki "Noga w nogę" Viliama Klimaćek i Dezidera Tóth






„NOGA W NOGĘ”
Tekst: Viliam Klimaćek
Ilustracje: Dezider Tóth
Tłumaczenie: Maria Marjańska-Czernik
Wydawnictwo "Bis" 2005
Laureatką Międzynarodowej Nagrody im. Janusza Korczaka z roku 1996 – książką „Noga w nogę” zainteresowałam się nieprzypadkowo. Rekomendacja polskiej sekcji IBBY oraz informacja na portalu miastodzieci.pl, iż jest to ”książka, którą trudno znaleźć w przeciętnej księgarni - a poszukać naprawdę warto!” zaintrygowały mnie i postanowiłam sama się przekonać, jak bardzo warto.
Błysk w oczach mojej siedmioletniej wówczas córki, wypieki na twarzy i radosne okrzyki przerywające lekturę dały wzruszającą odpowiedź. Właściwie to zaczarował ją już sam dotyk gładkich kartek oraz zapach kredowego papieru.
Wtedy jeszcze tego nie wiedziała, ale „Noga w nogę” stała się jej pierwszym przewodnikiem... Przewodnikiem po śladach naszego istnienia.

„Noga w nogę” składa się z kroków.
Co krok, to słowo.
Co krok, to obraz.
Słowo, obraz, ślad...
Słowne kroki stawia Viliam Klimaćek. Układa z nich wiersze, opowiastki, ogłoszenia, wywiady, zagadki. Tutaj nikogo nie zdziwi wywiad z tenisówką, ani opowieść wycieraczki bajkopisarza. Tu odkryjemy tajemnicę maszyny do pisania, poznamy symfonię dur-mol skomponowaną przez mola odzieżowego, szafę i wełniany płaszcz. Znajdziemy wierszowaną instrukcję obsługi karpia oraz spotkamy się z panem Aureliuszem, który w nietypowy sposób kolekcjonuje miejsca, w których czuje się szczęśliwy.
Noga w nogę ze słowem idzie obraz. Czasami to słowa tworzą obraz. Czasami obraz uzupełnia słowo. Ilustrator Dezider Tóth podpowiada: spójrz inaczej, uważniej, opacznie. Odkryj osobliwość na biletach, pieczątkach, tapetach, poplamionych obrusach. Rozpoznaj murale na murach, mrozorysunki i deszczoobrazy. Zauważ sztukę w codzienności, sztukę w przyziemności. Nie ignoruj, nie omijaj wzrokiem...
Spójrz:
„Ściany domów są pobazgrane deszczem.
Ściany domów są płótnem, na którym maluje kwiecień, maj... grudzień.
Pogoda jest paletą dla ścian domów.
Domy są galerią pod gołym niebem.” [1]
„Noga w nogę” uwrażliwia i porusza wyobraźnię.
Uważam, że dzięki tej książce dzieci zaczną „się uważnie przyglądać wszystkiemu, co jest na świecie!” [2], odkryją egzystencjalne ślady dalekiej i przed-chwilowej przeszłości. Podążą za nimi, pozostawią kolejne, wydeptają nowe, ciekawe ścieżki...
„Szczęśliwej nogi!
Dokładnego oka!
Dobrego kroku!” [3]

Pani Hanna Diduszko - polonistka, pisarka, pasjonatka literatury dziecięcej, której teksty poznałam dzięki czasopismu Ryms, napisała na swoim blogu, że "Trochę niezręcznie pisać o książce, która zniknęła. Mimo wszystko zrobię to, zachęcając do wytrwałych poszukiwań. Jest bowiem do wyłowienia perła." [4]
Bo rzeczywiście - "Noga w nogę" zagubiła się gdzieś na rynku wydawniczym, a raczej zdaje się, że przemknęła niezauważona. Szkoda, że nie została lepiej rozpromowana i wznowiona. Widać, że rekomendacja IBBY nie wystarczy do osiągnięcia sukcesu w naszym kraju. A w tym wypadku - ogromna szkoda. Dlatego dołączam się do apelu Pani Diduszko - poszukujcie wytrwale w antykwariatach i na aukcjach. Naprawdę warto.
Dodam, że książka została przepięknie wydana - twarda okładka, kredowy papier, dopracowany każdy szczegół. Wizualny i tekstowy majstersztyk.
---------------------------------
[1] "Noga w nogę" Viliam Klimaćek, Dezider Tóth
      Wydawnictwo "bis", 2005, str. 89
[2] Tamże, wewnętrzna strona okładki
[3] Tamże, str. 60
--------------------------------

Na zdjęciu papierowa zakładka amerykańska w klapkowej formie :).

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

"Świat według T. S. Spiveta" - recenzja książki Reifa Larsena



"To poważna sprawa. Przeciętność jest jak grzyb toczący umysł. Musimy ciągle się jej przeciwstawiać - będzie próbowała wpełznąć we wszystko, co robimy, ale nie wolno jej na to pozwolić. Nie wolno." *

„Świat według T.S. Spiveta” Reif Larsen

Wierzę w światy równoległe, światy prostopadłe, światy poza współrzędnymi. Wierzę, że droga do nich jest łatwa, trzeba tylko ją odkryć, odgarnąć z codzienności świata tego, uchylić okładkę i odważyć się przekroczyć próg.

Dzięki Reifowi Larsenowi odważyłam się odwiedzić świat T.S. Spiveta. Świat dla mnie abstrakcyjny, absolutnie poza układem mojej codzienności, zamknięty w kolorowych notesach głównego bohatera, a równolegle położony na ranczu w stanie Montana. Świat dwunastoletniego chłopca wrysowany w diagramy i wykresy, oplątany w siatki kartograficzne, które motają czytelnika, wpisują w scenariusz.

Tecumseh Sparrow Spivet jest potomkiem finlandzkich emigrantów, synem urodzonego sto lat za późno szorstkiego ranczera i taksonomistki doktor Clair, miłośniczki chrząszczy.

Jako laureat znaczącej naukowej nagrody, otrzymuje zaproszenie do Instytutu Smithsona w Waszyngtonie. Nagroda jest efektem czteroletniej pasji T.S. Spiveta. Młody kartograf, posiadający niesamowity dar obserwacji, potrafi stworzyć mapę każdego zdarzenia w czasoprzestrzeni. Genialny, doceniony, lecz… nieletni. Dlatego w tajemnicy przed bliskimi Spivet opuszcza rodzinne strony i samotnie wyrusza ku wielkiemu miastu, wielkiej nauce i życiowej szansie. Zaopatrzony w kartograficzne narzędzia, szkielet wróbla i notes-pamiętnik matki rozpoczyna podróż, której ścieżek nie jest w stanie nawet sobie wyobrazić. Ze swojskiego rancza, od kochających go bliskich jedzie pociągiem ku nieznanemu światu. 

Przedstawione w czasie podróży wydarzenia,  to nie tylko opowieść zamknięta w słowach. To równocześnie rodzaj mapy: szkice i schematy, jako topografia przeżyć; wpisane w kilometry torów kolejowych godziny samotności; statystyczne raporty włóczęgi przerywane dygresyjnymi historyjkami. Najistotniejszym elementem zdaje się być zawarta w pamiętniku opowieść matki Spiveta - przypadkowo odkryty szlak z przeszłości prowadzący ku zrozumieniu teraźniejszości.

W Polsce książka, o której piszę przeszła bez echa… Przepiękne wydanie w twardej oprawie, dopracowane szczegóły schematów i wykresów sporządzanych przez Spiveta, dygresje na marginesach – to literacki majstersztyk. To książka, której nie czyta się jednym tchem, ale delektuje się każdą stroną, każdym szkicem…

W 2013 roku na podstawie powieści powstał film z Heleną Bonham Carter w roli mamy Spiveta. Również przeszedł bez echa, a i wydawnictwo nie spróbowało ponownej promocji w połączeniu z filmem. Żałuję bardzo, bo to zdeptana perła.

Powieść Larsena polecam wszystkim, którzy szukają nieudeptanych dróg, nietuzinkowej beletrystyki i intelektualnej zabawy.  Wszystkim, którzy kochają podróże -  w czasie,  w przestrzeni, a zwłaszcza palcem po mapie :). Przede wszystkim polecam jednak tym, którzy wierzą w światy alternatywne. Poznajcie jeden z nich - świat T.S. Spiveta!


"Świat według T.S. Spiveta" Reif Larsen

 

 

piątek, 16 sierpnia 2019

Saga Norweska

 

Na początku lat 90-tych furorę na polskim rynku wydawniczym zrobiła seria romantyczno-fantastycznych książek  norweskiej pisarki Margit Sandemo. Części Sagi o Ludziach Lodu wydawane były co miesiąc, a skoro całość liczy 47 tomów, to impreza trwała aż 4 lata. Były to lata wyczekiwań i niecierpliwości, a choć dziś zdaję sobie sprawę z prostej formy tych powieści, może i ich naiwności, to jednak Sagi będę bronić do ostatniej kartki. No, może gdzieś do 40 tomu, bo potem to trochę nudnawe się zrobiło. Niektórzy czytelnicy pewnie i wcześniej zaniechali czytania, zarzucając serii powtarzalność pomysłów w tomach, zagmatwanie, czy po prostu znudzili się stylem autorki. Ja jednak przeczytałam wszystkie części, a niektóre, co bardziej romantyczne - kilkakrotnie. Sandemo pisała o tym, o czym się jeszcze w naszym kraju wówczas głośno nie mówiło. Przedstawienie różnych aspektów miłości nie było ani nachalne, ani szokujące, po prostu było. I ta różnorodność odróżniała sagę od harlequinów, których największy wysyp miał miejsce w tym samym okresie.

Po kolejne serie - inne sagi tej autorki, jak również innych skandynawskich pisarek, już nie sięgnęłam. Ale widzę że było ich niemało, bo w osiedlowej bibliotece zajmują sporo miejsca na regałach. Przyznam się jednak, że to pierwsze wydanie Sagi o Ludziach Lodu jest w mojej biblioteczce do dziś, a czasem gdy ogarnie mnie smutny nastrój (w niedzielny zimowy wieczór na przykład), to wyciągam przypadkowy tom i podczytuję.

poniedziałek, 24 czerwca 2019

"Marianna" recenzja książki Anny Kamieńskiej

 

„Czasem Mariannie wydaje się, że wszystko potłukło się w jej rękach na kawałki, jak kubek babci. Kto temu winien? Czy w ogóle można wiedzieć kto jest winowajcą wszystkiego?”

Szukając inspiracji do kolejnego blogowego wpisu natknęłam się w bibliotece na książkę „Marianna” Anny Kamieńskiej. Autorkę kojarzyłam jedynie z powieścią „Rozalka Olaboga”, którą czytałam w dzieciństwie. Innych publikacji – opowiadań, poezji, felietonów – nie znam, aczkolwiek przygotowując się do tego wpisu poczytałam trochę o samej Kamieńskiej i chętnie sięgnę po pozostałe jej wydawnictwa.  

Opowieść „Marianna” składa się z dwóch części, które kilka lat przed wspólnym „imiennym” tytułem wydane zostały jako osobne książki. Zastanawiać może, dlaczego postanowiłam napisać o tej publikacji, archaicznej zapewne, bo z końca lat 70-tych, a na dodatek opowiadającej o czasach jeszcze wcześniejszych, prawdopodobnie międzywojennych, z którymi nijak nie utożsamią się dzisiejsze dzieci, a nawet nie zaciekawią większości dorosłych. Trudno mi również określić dla kogo ta książka została napisana: czy dla dorosłych, aby mogli spojrzeć na świat oczami dziecka i zrozumieć jego zachowanie; czy dla dzieci, którym mogłaby pomóc w odbiorze świata. Nie wiem co mnie przyciągnęło do tej książki –  faktem jest, że na  półce stoi już mój własny egzemplarz, który zakupiłam w trakcie lektury, bo jest to jedna z tych książek, które chcę mieć i do niej wracać. I to jest właśnie powód recenzji - chcę się podzielić odkryciem świetnej książki, bo wśród obecnie wydawanych publikacji dla dzieci i o dzieciach, ciężko taką znaleźć.

Mariannę poznajemy, jako małą dziewczynkę, która uczy się chodzić, mówić, uświadamiać swoje istnienie, nazywać przedmioty i określać uczucia, dorastać. Dzień po dniu, w różnych przyziemnych sytuacjach, wraz z Marianną odczuwamy coś, czego nie pamiętamy z dzieciństwa, a co na pewno miało miejsce. I w tym mieści się chyba magia tej książki. Czytamy o nas samych, o tym co się działo w naszych sercach i głowach, gdy byliśmy bardzo mali, a czego nie mamy prawa pamiętać. Czytamy o spokojnym śnie, gdy w tle słychać domową krzątaninę; o rozpaczy, gdy jest się niezrozumianym, czy niesprawiedliwie potraktowanym; o tęsknocie za czymś własnym, słodkim, bezpiecznym; o smutku, gdy zgubi się ulubioną pamiątkę, czy zabawkę; o strachu przed obcymi, przed krzykiem bliskich, przed niewiadomą.

„Dorośli szybko zapominają. Dzieci pamiętają wszystko”.

Radzenie sobie z emocjami, rozpoznawanie ich i oswajanie jest przewodnim tematem tej książki. Mówimy tu o emocjach i doznaniach prawie wszystkich. O tęsknocie i dążeniu do pewnego celu (zakupu słodyczy, zdobycia zabawki) i rozczarowaniu, gdy cel się osiągnie. „Smak rzeczy zdobytych jest całkiem inny niż smak tęsknoty”. O strachu przed wydarzeniami, do których nikt dziecka nie przygotował (pierwszy dzień w świetlicy, odwiedziny u zamożniejszej sąsiadki, a nawet nowe niewygodne odświętne ubranie). O odczuwaniu muzyki i związanego z nim tanecznego ruchu, który „ogarnia” ciało, a któremu dziecko się poddaje nie rozumiejąc pchającej ku temu siły. O kalkulacji, czy przyznanie do winy jest warte konsekwencji. O żalu za przewinienie, które ciąży, ale upór nie pozwala się do żalu przyznać. 
„-Niech Marianna wstanie i przeprosi mamę – radzi Władzia.
Marianna wie, że jest to jedyny sposób wyjścia z tej strasznej chwili. Z tej grozy i z tej ciszy, która ją otoczyła. Ale to jest bardzo trudno wstać i przeprosić. Są takie cisze, z których nie da się wyjść, w których trzeba już tkwić na zawsze.”

Opowieść o Mariannie pomaga spojrzeć na zachowanie dzieci z innej strony. Nie jak na krnąbrne, niegrzeczne i uparte istoty, ale jak na kogoś kto dopiero się uczy i/lub buntuje przeciwko wyborom narzucanym przez starszych i braku możliwości podejmowania samodzielnych decyzji.

„Dużą dziewczynką jest się zawsze, kiedy trzeba być grzecznym – pomyślała Marianna. – Ale zawsze małą, kiedy się czegoś bardzo chce. Wtedy jest się zawsze za małą.”

Wszystkie emocje dziewczynki autorka przedstawia wnikliwie i trafnie. Odnosiłam czasem wrażenie, że postać  Marianny posłużyła Kamieńskiej do przedstawienia odczuć nie tylko maluchów, ale również dorosłych. Te wszystkie lęki, niepokoje, radości i zachwyty są przecież w każdym człowieku -  stłumione przez rozsądek albo przez odpowiedzialność – ale są. Bo przecież jak i Marianna czasami niedobrze czujemy się w nowym środowisku, czy w wymuszonym okolicznościami ubraniu. Nie potrafimy przeprosić, przeżywamy rozstania, rozpaczamy, nie ufamy ludziom lub ufamy im za bardzo, pragniemy niemożliwego.  Niejednokrotnie odczuwamy niesprawiedliwość, ostracyzm i bezsilność.  Płaczemy i tańczymy, mamy ochotę rzucić wszystko lub wtulić się w bezpieczne ramiona, krzyczeć  i milczeć.

„Widać, że Marianna pobladła i oczy ma jeszcze trochę spuchnięte od płaczu. Mama Małgosi widzi wszystko. I nawet tę odrobinę nie wypłakanego płaczu, który jeszcze siedzi gdzieś w sercu.”

Marianna mieszka w Lublinie, co ustaliłam  na podstawie rzek, o których opowiada (Czerniejówka i Bystrzyca).  Trudno mi było jednak dokładanie ustalić czas akcji w opowieści. Na pewno jest to okres przed II wojną. O zaborach wzmianki nie ma, ale główna bohaterka kładzie na krzesło (żeby dosięgnąć stołu) dwa tomy (dwa roczniki) „Przyjaciela Dzieci” – czasopisma, które wydawane było w latach 1861-1914 w Warszawie, a wcześniej we Lwowie w latach 1848-1852. Z których roczników  bohaterka korzysta – nie wiadomo. Przybliżyć czas akcji może jeszcze użyte w opowieści pojęcie „duszka” („ta duszka”, nie „ten duszek”) określające usztywnienie kołnierzyka w marynarskiej bluzce. W słowniku języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego z lat 1958-1969 ujęto jako przest. „kawałek sztywnej materii, na którą nawijało się chustkę noszoną przez mężczyzn na szyi”. W kwestii „czasowej” namieszała mi w głowie także informacja o ochronce, jako formie przedszkola (nie sierocińca), do której uczęszczała Marianna, a która prowadzona była przez osoby świeckie. W internecie znalazłam tylko informację o lubelskiej ochronce żydowskiej, do której z pewnością dziewczynka nie uczęszczała. 
Zawęzić czas opowieści może wzmianka o łaźni miejskiej, z której korzystała szkolna klasa Marianny. Na stronie encyklopedialublina.pl przeczytałam, że wybudowaną nad Czerniejówką łaźnię publiczną, udostępniono „szerokim warstwom ludności” pod koniec 1926 r. Lata 20-te, to także lata dzieciństwa Anny Kamieńskiej, która mieszkała wówczas w Lublinie.

Mimo tego, że wydarzenia opisane w „Mariannie” mają miejsce prawie sto lat temu, a świat przedstawiony daleki jest od współczesnego, to odczucia i wrażliwość dzieci, to co siedzi w ich głowach i sercach,  niewiele się różnią od dzisiejszych. Opowieść Kamieńskiej będzie aktualna i za kolejne dziesiąt lat, cóż z tego jednak, skoro obecnie mało kto o niej słyszał. Smutne to bardzo, ponieważ warte obejrzenia są również  drobiazgowe ilustracje Leonii Janeckiej, które stanowią znaczną część książki i które przepięknie ją uzupełniają. 

„Poszła. I teraz już jest za późno, żeby ją polubić, pokochać. Przedtem, choć była tak blisko, wcale jej się nie widziało. Była, bo była. Musiała być. Wtedy, kiedy naprawdę zobaczy się człowieka, on już odchodzi, już go nie ma. I zawsze jest za późno.”

"Marianna" wydana została przez wydawnictwo "Czytelnik" w 1980 r. Nakład nie był zbyt duży, jak na tamte lata i może dlatego ciężko znaleźć ją obecnie w antykwarycznej sprzedaży. Jeśli ktoś się na nią jednak natknie, to polecam lekturę. Książka jest znakomita. Wybaczcie, ale obecnie takich książek się już dla dzieci nie pisze. Choć chciałabym się w tym zdaniu mylić.
 
 

„Groszek łatwo odpryskuje od strąka i dzwoni o miskę. Można łuskać długo i nic nie mówić. A potem, kiedy widać już dno w koszu, zdaje się, że to była jakaś długa wspólna rozmowa. Bo kiedy się coś razem zgodnie robi, to tak jakby się rozmawiało, i potem już ludzie są bardziej znajomi i bliscy.”

„Inni ludzie, kiedy przychodzą, to nawet jeżeli milczą, mówią nam prawdę o nas samych”

 „Słowo „przepraszam” jest najtrudniejszym słowem ze wszystkich, Może dlatego, że ta niegrzeczność jeszcze siedzi w gardle.”

„Świat jest najtrudniejszy do życia właśnie wtedy, kiedy nic się nie dzieje i kiedy wszystko zajmuje się tylko tym, żeby być, a i to z wielkim wysiłkiem.”

„Jest coś w człowieku takiego, co czasami gotowe jest do odejścia. Niby się jest, a przecież jakby nas nie było.” 

sobota, 18 maja 2019

"Dwanaście wierszy w kolorze" recenzja tomiku poezji Krystyny Miłobędzkiej


 

„Dwanaście wierszy w kolorze” Krystyna Miłobędzka

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Krystyny Miłobędzkiej miało miejsce w czasie, gdy odkrywałam życiową filozofię minimalizmu. Taka forma sposobu na życie niekoniecznie u mnie przetrwała, ale zamiłowanie do poezji Miłobędzkiej pozostało do dziś.

Wiersze Krystyny Miłobędzkiej wymykają się szufladkom, tworząc własną, skromną w słowo, bogatą w znaczenia, przestrzeń. Sama poetka mówi:

"To jest nie do zrobienia, ale chciałoby się wymyślić sobie język, wyminąć wszystkie słowa, które są. To jest najprostsze pragnienie. Zrobić coś na nowo. Wyminąć język, posłużyć się przedmiotem. Przebiec to, wykonać, ale nie mówić.". /K. Miłobędzka/

„Dwanaście wierszy w kolorze” to tuzin nietuzinkowo zaprezentowanych utworów. Wierszy, które oprócz słów przemawiają do nas formą, nośnikiem i barwą.

W białym pudełku, formą przypominającym zapałczane, mieści się dwanaście luźnych kart. Ciągnąc czerwoną wstążkę, wysuwamy szufladkę i stajemy się uczestnikiem wyjątkowego projektu poznańskiego grafika Ryszarda Bienerta. Przepiękne jego wykonanie w ręcznej introligatorni, to idealna oprawa dla minimalistycznych wierszy Miłobędzkiej. Forma zespolona z treścią;  istotne myśli na ulotnych stroniczkach.

Dwanaście wierszy, jak dwanaście andersenowskich zapałek, tworzy kolorowy hologram wspomnień, doświadczeń, myśli i marzeń autorki. Słowa zamknięte na niewielkim obszarze – zarachowane, ułożone, nieruchome. Jednocześnie niezależne i swobodne, wcielające się w role - zakładek do książek, fiszek, pocztówek z przesłaniem.

Spotkałam się nie raz z opinią, że w dzisiejszych czasach nie ma miejsca na poezję. Że się jej nie czyta, że się jej nie kupuje. Nic to, że dzieci uwielbiają wiersze, rymowanki i piosenki, skoro w czasie edukacji szkolnej „ugębienie” skutecznie odstrasza od poezji. Ale może dajmy sobie jeszcze jedną szansę.  Rozłóżmy z kart Miłobędzkiej poetyckiego tarota. Odczytajmy jego znaczenie po swojemu, wiersz po słowie, linijkę po kolorze, kartę po numerze. Bez interpretacji, bez narzuceń, bez zbędnego gadania…

niedziela, 31 marca 2019

"Sonnenberg" recenzja powieści Krzysztofa Vargi


W wywiadzie przeprowadzonym przez Małgorzatę Niemczyńską z Krzysztofem Vargą, na pytanie „Dlaczego ty właściwie piszesz?”, Varga odpowiedział „Najprostsza odpowiedź jest taka: zacząłem pisać, bo bardzo lubiłem czytać”.  Miłość Vargi do czytania musi być wielka, bo powieść „Sonnenberg” jest jego siedemnastym wydawnictwem, obok zbiorów opowiadań, rozbudowanych esejów, felietonów i innych powieści. W książce tej, jak i w kilku poprzednich traktujących o Węgrzech, autor przybliża nam kraj, w którym, z racji pochodzenia, spędził część dzieciństwa. Szczególnym sentymentem darzy miasto rodzinne. Dlatego miejsce akcji - Budapeszt – opisane jest z ogromną dokładnością. To wręcz literacki street view, który przemierzamy wraz z głównym bohaterem, Andrasem, „naukowcem badającym wpływy austriackiego i niemieckiego modernizmu na literaturę Europy Środkowej po 1945 roku”, a równocześnie niespełnionym pisarzem ogarniętym swoistym marazmem, nie tylko w kwestii zawodowej. Andras oddany jest Agnes, mężatce, z którą łączy go romans i uczucie trochę dziwne, wręcz dziwaczne, trudne do określenia. Ten brak określoności sprawia, że Andras, nieustannie zabiegający o kontakty z Agnes wydaje się trochę słaby i niezdecydowany. Miłość go wyczerpuje, sprawia, że egzystuje z dnia na dzień, biega za ukochaną, bezwolnie dostosowując się do miejsc i wydarzeń, w których ona uczestniczy. Owszem, zachęcany przez Agnes, spotyka się także z innymi ludźmi, przyjaciółmi, z  kobietami, ba! romansuje nawet, ale wszystko to w napięciu, w oczekiwaniu, w strachu przed koniecznością podjęcia wyboru. Dla niego liczy się tylko Agnes.

Dzięki ulicznym wędrówkom głównego bohatera mamy okazję świetnie poznać stolicę  Węgier. Varga w tak namacalny sposób opisał klimat miasta, że czytelnikowi wydaje się, że to on sam jedzie autobusem linii 178, czeka pod kinem Puszkin, poddaje się tłumowi podczas demonstracji w alei Rakoczego, pija kawę w kawiarni na ulicy Vaci, odwiedza sklep muzyczny „na małym placu Serwitów, w który niczym rzeczka wpada ulica Petofiego” i wraca na przedmieścia do dzielnicy swego dzieciństwa - Zuglo. Ze wspomnień i rozmyślań Andrasa poznajemy historię Węgier, tą komunistyczną i wojenną, jakże podobną do polskiej, jakże tragiczną i smutną. Krzysztof Varga, w czasie pisania tej powieści, często wracał do Budapesztu, żeby zweryfikować swoje wspomnienia. Opisy miejsc miały odzwierciedlać rzeczywistość i chociaż nie jestem w stanie tej zgodności zweryfikować, to kształtność zdań, dbałość o detale i ogromny zakres tematyczny  świadczy o świetnym przygotowaniu autora. Jeżeli ktoś w to wątpi, to polecam cztero i pół stronnicowy opis zapachu kobiecych perfum. Wierzcie mi, że czułam ich aromat unoszący się między słowami.

Krzysztof Varga jest jednym z najlepszych współczesnych polskich pisarzy. Z ostatnich wydanych przez niego książek, w tym zbioru opowiadań „Egzorcyzmy księdza Wojciecha”, trudno mi wybrać tą najlepszą. Każde napisane przez Vargę zdanie, to słowny majstersztyk, a złożona z nich opowieść, to intelektualna uczta. Z doświadczenia jednak wiem, że utwory Vargi nie są dla każdego. Nie ma w nich żywiołowej akcji; składają się głównie z długich rozmów,  przemyśleń i monologów, dla kogoś może drażniących, czy nudnych, dla niektórych obrazoburczych.  Ale na pewno nie można odmówić Vardze erudycji i błyskotliwości.
Mój pierwszy kontakt z Krzysztofem Vargą i jego twórczością miał miejsce w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Katowicach, gdzie Varga spotkał się z czytelnikami na spotkaniu autorskim. Wcześniej nie czytałam żadnej z jego książek. Dzisiaj, kilka lat później, uważam że Varga jest jednym z moich najbardziej ulubionych polskich pisarzy.