Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papier. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papier. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 września 2020

Tryptyk runiczny

 


Tryptyk runiczny - dzieło mojej teściowej Barbary :).

Moje propozycje tytułów:


Tryptyk ekonomiczny "Run na bank"

Tryptyk filmowy "Potrójne życie weruników"

Tryptyk osobowościowy "Renuwacja wizerunków"


Ostatnio na blogu nie bywam, ponieważ przeniosłam prezentowanie swojej kolekcji na instagram.

Zasięg większy, zainteresowanie zadowalające, a i kontakt z odbiorcami intensywniejszy.

Dla zainteresowanych - nazwa mojego profilu, to @zalozone_strony

Pozdrawiam.





piątek, 19 czerwca 2020

Przyszłość przelewa się w przeszłość...




"Przyszłość przelewa się w przeszłość przez zwężenie w teraźniejszości" - jak pisał Pratchett w "Kosiarzu". 


Oczywiście, że się z tym godzę, jednak uczciwsza byłaby dodatkowa zależność: im więcej przeszłości za nami, tym szersza niech będzie teraźniejszość, bo brak czasu w niej na wiele przyjemnych (więc ważnych) spraw.  

Każdy ma takie stany lękowe, jakie sobie wypracował, a moje skupiają się na świadomości, że nie przeczytam wszystkich książek, które przeczytać bym chciała. Zapisana jestem do kilku bibliotek, a książki biorę równocześnie na karty wszystkich domowników. W domu zachłystuję się zdobyczami i martwię, że nie zdążę przeczytać książek z pozostałych bibliotecznych półek. 

Zadumany ten post, bo wyciągnęłam zakładkę - prezent teściowej na moje 33 urodziny. Minęło od nich prawie 11 lat (!). 
Pytam: kiedy? 
Pytam: jak? 

"Książki zaginają czasoprzestrzeń" - to również Pratchett w "Straż! Straż!".

Podejrzewam, że to jest powód mojego gwałtownego przejścia z wieku 33 na 44. 
Za dużo czytałam.
Bo jak inaczej to wytłumaczyć?

poniedziałek, 11 maja 2020

Antologia półkowych potworków


Choć biblioteczka domowa, po kilku minimalistycznych akcjach, wydaje się przepielona, natknąć się w niej jeszcze można na przyczajone książkowe badyle, które wprawdzie legalnie bytują na domowych półkach, ale raczej na zasadzie wymuszenia, z litości, czy przez zasiedzenie. 

"Antologia nowelistyki pozytywizmu", to prezent który mój mąż otrzymał na 14 urodziny. Och, prezent ciekawy i bardzo doceniony, czytywany z entuzjazmem przez wszystkich członków rodziny bliższej i dalszej - zajmuje zaszczytne miejsce w kategorii "Po co to komu?". Zasiedział się przez 30 lat, czekał na kolejne pokolenie wielbicieli pozytywistycznych nowel, i nawet został tydzień temu wyszarpany z półki z nadzieją, że znajdzie się w nim "Gloria Victis" Orzeszkowej, którą miała omawiać w szkole córka. Rozczarował nas - tej nowelki nie było. W tej sytuacji nie pomoże mu nawet urodzinowa dedykacja.

Encyklopedia Popularna PWN* z poprzedniej epoki nie grzeszy ani aktualnością, ani wiarygodnością, jednak urok jej niewielkich gabarytów, ciekawe ilustracje i delikatna faktura kartek powstrzymują mnie przed oddaniem jej na przemiał. Kiedyś stanowiła moją ważną pomoc naukową, obecnie przechowuje w sobie szkolne pamiątki - niech zostanie jeszcze chwilę, to jej ostatni dom.

Wypracowania z serii "Maturzyści mają głos" ciągle wydawały mi się ważne i przydatne, do czasu gdy chciałam wspomóc nimi syna koleżanki. Natknęłam się na temat "Których pisarzy okresu Polski Ludowej cenię najbardziej i dlaczego?"  i z przerażeniem uświadomiłam sobie, że problematyki powieści Olgi Tokarczuk, o którym pisują współcześni maturzyści tam nie znajdę, aczkolwiek sama Tokarczuk wypracowanie na temat jak wyżej z pewnością napisała.
Zostawić dla przyszłych pokoleń? - sama nie wiem - na razie zostawiam.

A na koniec mój licealny koszmar, czyli "Giaur" Byrona w tłumaczeniu Mickiewicza.  Nie znoszę tego poematu, nie rozumiem co tam napisane, nie wiem co mnie napadło, że przywlokłam toto do domu. Czym prędzej zatem pozbywam się największej domowej zmory, a żeby akt pozbycia był spektakularny dołożę pozytywistów. 

Dwie stare zakładki na zdjęciu. Na jednej opis renesansowego poliptyku wieniawskiego (??), na drugiej Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza poleca książki Kraszewskiego. Tematyka zakładek mało atrakcyjna, ale czas ich pochodzenia rekompensuje tą niedogodność :).
* wydanie z roku 1965


niedziela, 5 kwietnia 2020

"Córki chcą inaczej" Eugenii Kobylińskiej - Masiejewskiej



Nie dane mi było ocenić tej książki po okładce, bo posiadany przeze mnie egzemplarz przeszedł długą drogę, zanim trafił do mojej biblioteczki. Introligatorska oprawa była jednym z etapów jej życia, a podejrzewam, że rekonwalescencji po naprawie nie zaznała, bo i nowa, zdawałoby się - mocna, okładka kwalifikuje się do wymiany. Książka musiała być czytana dziesiątki, jak nie setki razy, a przed rozpadem całkowitym uratowało ją oryginalne szycie stron. 

"Córki chcą inaczej" trafiły do mnie w dzieciństwie. Dostałam ją od "babci sąsiadki", która pod koniec lat osiemdziesiątych  zdecydowała się wyemigrować na Zachód. Egzemplarz nie ma stron tytułowych, posiada za to kilka okrągłych bibliotecznych pieczęci oraz poważną pieczątkę Górniczego Ośrodka Turystyczno Sportowego "Zagroń", należącego w czasach PRL-u do KWK "Szczygłowice". Czyli - książka została prawdopodobnie wypożyczona na jednym z turnusów i nie zwrócona. Ośrodek mieści się w Szczyrku. Działa do dziś, oczywiście obecnie pod prywatną egidą. Moja mama przypomniała mi, że w roku 1980 spędzaliśmy w nim urlop. Miałam wówczas niecałe 4 lata."Zagroń" wybudowano na początku lat siedemdziesiątych.

"Córki chcą inaczej" to jedna z wielu młodzieżowych książek Eugenii Kobylińskiej-Masiejewskiej. Nie czytałam jej innych powieści, ponieważ cóż, chyba się trochę obawiałam. Bo choć "Córki" bardzo mi się podobały i wielokrotnie do nich wracałam, to przyznaję, że klimat był delikatnie przestarzały.  I nie chodzi o samą treść książki, bo tematycznie dzisiaj książka byłaby na czasie. I może to nawet przykre, że problemy nastolatków:  przemoc domowa, alkoholizm rodziców, ich przepracowanie i rozwody, zaniedbanie dzieci, depresja, zjawisko sponsoringu, ubóstwo -  są dziś aktualne. Te same problemy, tylko inny poziom bytowania. I właśnie opis tych okoliczności socjalnych, czy szkolnictwa, był dla mnie trochę egzotyczny - choć zrozumiały. 

Cieszę się, że ta książka nadal znajduje się w mojej biblioteczce. W obecnym stanie nadawałaby się wyłącznie na makulaturę. Czasem lubię do niej wrócić. Choćby po to, żeby przypomnieć sobie, jak pisze się dobre młodzieżowe książki. Stara szkoła pisania miała więcej szacunku dla czytelnika, niż współczesne. Może i było w niej więcej poprawności, czy moralizatorstwa, ale równocześnie poruszane problemy opisywane były jakoś dojrzalej, z głębią. I sami bohaterowi wydają mi się rozsądniejsi, bardziej odpowiedzialni i świadomi swoich sytuacji.

Książka jest dla mnie osobliwą pamiątką. I choć strony kruszeją, a klej introligatorski puszcza, to nadal jest w niej dusza, tli się literackie życie dziewczynek, czyichś córek.

I oczywiście przypomina mi lubianą "babcię sąsiadkę".

Na zdjęciu stara zakładka - rok 1967. Otrzymałam ją od p. Andrzeja - antykwariusza z Chorzowa. 

niedziela, 15 marca 2020

Prawo Murphy'ego w księgowości



Kiedyś w porannej audycji lokalnego radia usłyszałam ironiczną wypowiedź redaktora prowadzącego, że jak lubisz nudę, to zostań księgowym. Ostatnio natknęłam się również na stereotypowy komentarz w książce "Zakochany przez przypadek" Yoav Blum.

" - Zdziwiłabyś się, jacy potrafią być ograniczeni, zupełnie jak księgowi - powiedział Guy
   - Zresztą on teraz własnie jest księgowym, prawda? - zapytał Eric"

Kontroli skarbowej temu, komu wieje nudą, proszę Państwa :).
Nowej ustawy, nowych podatków i nowych druków!!
Wiecznych aktualizacji programów, plików jpk**, niewspierania systemów, popsutej kserokopiarki  i wniosków do wniosków.
***
Proszę porozmawiać sobie przez telefon z osobą w Krajowej Informacji Podatkowej, gdy na zadane pytanie o vat, o godzinie 9:00 odpowiada można odliczyć, o godzinie 12:00 tego samego dnia w tej samej sprawie odpowiada nie można odliczyć, a o 15:00 stwierdza, że w tej chwili nie może udzielić odpowiedzi.

Wiedza ogólna księgowej wzrasta proporcjonalnie do ilości zaksięgowanych dokumentów, a szczególnie do dokumentów, w których nazwa zakupionego przedmiotu brzmi: EFF O SSC N 85 OBRZ (sic!).

Żeby wprowadzić do ewidencji środków trwałych podest ruchomy pamiętajmy, że przenośniki ogólnego zastosowania to te, w których "granicę instalacji elektrycznej należącej do przenośnika stanowi z reguły główna płyta zaciskowa". Jakże przydatny i czytelny opis !! Księgowa się odnajdzie w try miga.

Prawo Murphy'ego w księgowości obowiązuje warstwowo:
Gdy musisz skorzystać ze zszywacza, to na pewno zabrakło w nim zszywek, a gdy sięgasz do pudełka po nowe, to pudełko okazuje się puste.
Gdy czekając na ważny telefon, musisz skorzystać z toalety, to ważny telefon zadzwoni wtedy gdy cię nie będzie, a przy próbie oddzwonienia okazuje się, że ciągle zajęte.
Oczekiwanie na połączenie na infolinii ZUS trwa zawsze minimum 20 minut, a jak się już połączysz, to akurat ważny klient musi z tobą załatwić ważną sprawę, więc się rozłączasz, po czym okazuje się, że ta sprawa jednak nie do ciebie.
Szukając potrzebnej do reklamacji faktury sprzed dwóch lat, spodziewaj się, że to było jednak cztery lata temu, a segregator jest już dawno w archiwum, do którego klucze są u kierownika, a on właśnie wyjechał.

Na koniec proponuję zabawę: zsumuj wszystkie wydarzenia przedstawione powyżej, pomnóż przez osiem godzin dniówki, dolicz stres, "oddaj krajowi co mu się należy" ***, a wynik rozksięguj w czasie - od dziś do emerytury.

To nie jest nuda - to są sporty ekstremalne!

* Nie będę promować tej stacji
** A co to?
*** Kazik Staszewski rozumie ten problem ;)

wtorek, 25 lutego 2020

Kartka z kalendarza




W dzieciństwie uwielbiałam zrywać kartki z kalendarza. Oczywiście najciekawszy był jej rewers z tekstem-niespodzianką. Raz mnie czekała porada jak usunąć plamę z kawy, innym zaś razem jak czyścić sztućce ze stali nierdzewnej. Jedna z kartek skrywała wiersz K. K. Baczyńskiego "Elegia o... [chłopcu polskim]". Czytałam go na gorąco, stojąc w kuchni, a im dalej w wiersz, tym więcej łez kapało na kuchenny blat. Gdy dotarłam do ostatnich słów "Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką. Czy to była kula synku, czy to serce pękło?" ugięły się pode mną nogi...

Miałam 12 lat (szósta klasa) i było to moje pierwsze spotkanie z poważną poezją i z Baczyńskim. Zbyt młoda i nieoczytana, aby zrozumieć niektóre zdania, odebrałam wiersz emocjonalnie. To serce zareagowało, a nie rozum i wiedza. W takim wieku zdania "wyszywali wisielcami drzew płynące morze", czy "malowali krajobrazy w żółte ściegi pożóg" były dla mnie tajemnicze. Ba! nie znałam nawet wyrazu "pożoga". 
Nie przeszkodziło mi to jednak nauczyć się  "Elegii..."  na pamięć. Bałam się, że gdy zgubię kalendarzową kartkę, nie odnajdę więcej tego wiersza...

Dopiero w ósmej klasie zrozumiałam sens utworu. Na lekcji polskiego poznaliśmy Baczyńskiego i omawialiśmy właśnie "Elegię o...". Byłam zbyt nieśmiałą uczennicą, aby zgłosić, że znam wiersz, a co dopiero wyrecytować go na forum klasy. Nie wiem, czy tego żałuję. Zbyt dużo targa mną emocji na samą myśl o Baczyńskim.

Żałuję jednak tego, że redaktorzy kalendarza z 1988 roku nie dowiedzą się, jaki wpływ miała ta jedna kartka na życie przeciętnej, PRL-owskiej nastolatki. Dzięki nim pokochałam poezję i pokochałam Baczyńskiego - miłością wieczną.

Na zdjęciu nie Baczyński i nie tomik jego poezji. To zakładka, która urzekła mnie od pierwszego wejrzenia - poruszyła emocje jak Elegia. Otrzymałam ją jako prezent na 39 rocznicę urodzin. Przez 2 kolejne lata zdobiła półkę, bo nie potrafiłam się na nią napatrzeć.  Wykonała ją i sprezentowała oczywiście mama Basia. :).

poniedziałek, 10 lutego 2020

Sen




Koszmarzyć w tematyce okołozawodowej, to najwyższy stopień w hierarchii koszmarów. Dość popularnym w moim niespecjalnie wyszukanym wachlarzu mar nocnych jest wybieranie numeru telefonu. Wciskam i wciskam poszczególne cyfry i za każdym razem wciskam je nieprawidłowo. Więc ponawiam wybieranie przez całą noc. Nadmienić warto, że sen w ciągu 25 lat pracy lekko ewoluował. Kiedyś wybierałam cyfry na tarczy i anulowałam błędny numer uderzaniem w widełki. Teraz przyciskam czerwoną słuchawkę.

Senna i niewinna zakładka na zdjęciu, to czeski egzemplarz - jedna z pierwszych zakładek magnetycznych w mojej kolekcji. Piękna w wykonaniu, wzorze i oprawie.  Sprezentowana mi została przez teściów w 2005 roku.  

    

środa, 5 lutego 2020

Pozwalam sobie poczytywać




Mówi się, że styczność z literaturą od lat najmłodszych daje spore prawdopodobieństwo, że umiłowanie do książek pozostanie na całe życie.  Z doświadczenia  już wiem, że zależność jest minimalna (mam nastoletnią córkę), a łatwość czytania i przyswajania treści, niekoniecznie sprawia, że książka będzie ulubioną rozrywką. I odwrotnie - znam osoby, które radość z czytania odkryły dopiero w wieku dojrzalszym. Szczęściem moim jest, że uwielbienie dla książek towarzyszy mi przez całe życie, więc wszystkie etapy czytelnicze przechodziłam zgodnie z oznaczeniami regałów w bibliotece: poziom O, poziom I, baśnie, lektury szkolne, etc. :). Po długo wyczekiwanym pobycie na poziomie "dla dorosłych" czekał na mnie bonus  - uświadomiłam sobie, że powrót do każdego minionego etapu, mimo dorosłości, jest dozwolony, wręcz wskazany oraz bardzo przyjemny.
Dlatego zaczęłam uzupełniać nadobowiązkowe lektury szkolne (miało to miejsce zaraz po skończeniu liceum), wracać do książek dzieciństwa i zachwycać się publikacjami polecanymi przez moją mamę i inne osoby z pokolenia wyżej. Wiele takich książek jest ze mną do dziś. Może trochę trącą myszką :), może ich wydania nie są tak atrakcyjne jak dzisiejsze, może nawet wydadzą się nudne, ale według mnie to wartościowe lektury, które warto poznać lub do nich wrócić.

Minął rok odkąd zaczęłam pisać bloga. Skupiałam się w nim głównie na prezentowaniu zakładek z dodatkiem własnej twórczości. Recenzji i opinii o książkach nie było zbyt wiele.  Miałam jednak niedawno towarzyską sytuację w pracy, gdy moje porównanie rzeczywistego zdarzenia do "Procesu" Kafki w ogóle nie trafiło do rozmówców.  I nadmieniam - ja też nie przerabiałam Kafki w szkole. Zatem może to "fatalne skutki niewłaściwych lektur"* były powodem konsternacji towarzystwa? A może brak zewnętrznych inspiracji? Bo przecież tak często słyszałam/czytałam o Józefie K. - choćby w piosenkach Republiki, Pidżamy Porno czy w felietonach p. Marty Fox, że z ciekawości poszukałabym u źródła, gdybym wcześniej go nie poznała. 

Postanowiłam zatem coś temu zaradzić. Czas na prezentację lektur, które lubię i które miały wpływ na moją świadomość. O zakładkach też nie zapomnę. 

* Zbigniew Batko - z tytułu "Z powrotem, czyli Fatalne skutki niewłaściwych lektur"

Na zdjęciu awers zakładki wydawnictwa Wiedza Powszechna z 1976 roku.
Pojawiły się pewne wątpliwości co do aranżacji tego zdjęcia, więc należy się sprostowanie: 
- nie, fotografia nie jest zrobiona u mnie w domu
- nie, fotografia nie jest zrobiona w kościele
:) 

czwartek, 30 stycznia 2020

Zmierzch sagi


Kto nie czytał "Zmierzchu" ten ma podstawowe braki w znajomości literackich osobliwości.

Osobliwością było również to, jak książki swojego popularnego czasu, wpłynęły na moje, bądź co bądź niemłodej baby, życie i życie jej bliskich. Bo "Zmierzch" okazał się swoistym łańcuszkiem szczęścia, który z radością rozpanoszył się po sieci krewnych i znajomych. Warto zauważyć, że cała akcja miała miejsce ok 10 lat temu, a podany w nawiasach wiek uczestniczek imprezy dotyczy tamtego okresu :). 
******
Zwykłym przypadkiem zapytałam w rudzkiej bibliotece o "Zmierzch" Stephenie Meyer. Tytuł znałam z plakatów kinowych i okładek w księgarniach. Obiło mi się o oczy i uszy, że wampiry, nastolatki i te sprawy. To nie były tematy dla mnie: okres czytania horrorów i romansów miałam już za sobą, fantasy też mnie niespecjalnie interesowało, a na sf "Zmierzch" nie wyglądał. Ale zaryzykowałam - z myślą: "najwyżej nie przeczytam do końca".

I stało się. Nie mam pojęcia co siedziało w tej książce. Nie wiem czym ona tak przyciągała. Na pewno nie kunsztownymi i oryginalnymi zdaniami. Na pewno nie romantyczną historią, których przecież w literaturze zatrzęsienie. Na pewno nie był to mistycyzm i magia (po "licealnej" Sadze o Ludziach Lodu nic nie miało prawa mnie zaskoczyć). Wydawałoby się, że w moim wieku (36 l.) nie wzruszą mnie miłosne uniesienia nastolatki, a jej partner - wampir - powinien wywołać pobłażliwy uśmiech na mojej twarzy.  No i się pomyliłam.
Po kilkudziesięciu kartkach chodziłam jak zamroczona. W pracy mówiłam koleżankom z rozmarzonym wzrokiem, jaka ta książka fajna. Czytałam w internecie streszczenia fragmentów, które dopiero co przeczytałam. Odwiedzałam blogi fanek, oglądałam zwiastuny filmów, śledziłam wywiady z autorką, czułam się jakbym miała kilkanaście lat...
Idąc po kolejne części do biblioteki skomentowałam pani bibliotekarce, że to jest niemożliwe, że to nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło, a już na pewno nie w ciągu ostatnich dwudziestu lat.
Na urodziny zażyczyłam sobie wszystkie części "Zmierzchu". Zaczęłam je pożyczać i tak właśnie powstał łańcuszek szczęścia :). Moja przyjaciółka (35 l., specjalista ds windykacji) przez jedną sobotę zaniedbała trójkę dzieci, które nie chcąc przeszkadzać mamie w czytaniu chodziły bez obiadu. Siostra przyjaciółki (31 l., pomoc dentystyczna) zarwała noc, żeby kolejnego dnia podać książkę swojej szefowej (lekarz stomatolog, 36 l.), która także zarwała noc. Okazało się, że moja druga przyjaciółka (kurator sądowy, 26 l.) czytała „Zmierzch” 3 lata wcześniej, a skracając czas oczekiwania na kolejne części tłumaczyła z angielskiego to co znalazła w internecie. Moja mama (59 l., ekonomistka) po przeczytaniu  poleciła tę powieść swojej siostrze (57 l., pedagog), a moja kuzynka (35 l., sprzedawca) zasypywała mnie zniecierpliwionymi smsami, kiedy może podejść po kolejne części. Córka mojej dyrektorki czytała tę książkę cztery razy z rzędu, czym zainteresowała i "zainfekowała" mamę (42 l).
Założyłyśmy w pracy fan klub w księgowości :) i zastanawiałyśmy się - o co chodzi?
Prosta historia - nastolatka zakochuje się w chłopaku, który okazuje się być wampirem; proste zdania i banalne porównania: "wyglądał jak młody bóg", "głos miał słodki jak miód", "spojrzał aksamitnym wzrokiem"; żadnych scen erotycznych, jedynie jeden nieśmiały pocałunek; żadnej głębi i wyszukanej filozofii.

Próbuję zrozumieć po latach ten szał, który nas ogarnął i stwierdzam, że dopadł nas chyba wtedy kryzys wieku średniego. Ale jeśli tak kryzysy wyglądają, to  ja poproszę o więcej, może tak co 10 lat. 

Na zakładkę z Edwardem natrafiłam rok temu w second handzie. No musiałam ją kupić, no musiałam.

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Zakładkowe fidrygałki



Moja słabość do wszelakiego rodzaju drobiazgów, miniatur (również książkowych), makiet (zwłaszcza domków dla lalek),  zawieszek i innych fidrygałek - w pewnym wieku przestaje być właściwa ;-). I nie mówię tu o bibelotach czy durnostajkach, których nie znoszę, ale o kilkunastomilimetrowych cosiach, mniejszych niż to długie słowo. 

Przybliżę przykładem: na zdjęciu zakładka w pingwiny, z malutkim, uroczym, porcelanowym pingwinkiem przy frędzlu. Dzieło rozczulająco-ujmującej sztuki. I jedna z trzech* najcenniejszych zakładek w mojej kolekcji. Dostałam ją w prezencie w 2003 roku, a przywieziona została ze Stanów Zjednoczonych. I nic to, że ze Stanów - najważniejszy jest uroczy pingwinek. Zakładkę pokazuję przeważnie z daleka;  mało komu daję ją do rąk, a jeśli już, to gapię się jak sroka i czekam, żeby szybko do mnie wróciła. 

* Jedną z trzech najcenniejszych już prezentowałam na blogu tutaj.


środa, 15 stycznia 2020

Pozytywy negatywów

Rozterki z rodzaju: książka czy film - są mi obce. Jeśli w przestrzeni książka ukazała się jako pierwsza - film traktuję jako uzupełnienie swoich wyobrażeń i zaspokojenie ciekawości. Gdy książka ukazuje się po obejrzeniu przeze mnie filmu - po prostu jej nie czytam. Brak wymagań pozwala uniknąć rozczarowania, choć owszem, czasem jest trudno, zwłaszcza gdy książka jest dla nas bardzo ważna.
Z różnych obejrzanych przeze mnie ekranizacji lub adaptacji na myśl przychodzą mi przede wszystkim "Koralina" na podstawie opowieści N. Gaimana, którą uwielbiam w obydwu formach oraz "Świat według T. S. Spiveta" na podstawie powieści Larsena. Właśnie Spivet jest świetnym przykładem na uzupełnienie słowa pisanego. Wspomniana przeze mnie już na blogu "Zimowa opowieść", w wersji filmowej nie sprawdziła się, a "Zmierzch", który swojego czasu zagarnął moje zmurszałe życie, jakkolwiek by się fatalnie prezentował byłby wówczas dobry ;). Tytułów do wymienienia uzbierałoby się dziesiątki, dlatego poprzestanę na tych, które w ciągu chwili wpadły mi na myśl jako pierwsze  - widocznie w jakimś zakresie były dla mnie ważne.
Na zdjęciu stare zakładki filmowe, w otoczeniu kliszy pozytywowych i rzutnika, które w czasach prl-u stanowiły domową namiastkę atmosfery kinowej.    

piątek, 10 stycznia 2020

Flawia de Luce



Flawia de Luce to nastoletnia bohaterka kryminalnej serii powieściowej Alana Bradleya. Mieszka w małym angielskim miasteczku Bishop Lacey, w rodzinnej zimnej posiadłości rodu de Luce - z ojcem, dwiema siostrami i skromną służbą. Pisząc o zimnym domu nie mam na myśli tylko chłodu murów - ojciec Flawii nie jest skory do okazywania uczuć, a i pomiędzy siostrami więcej złośliwości niż wsparcia i wspólnych zajęć. Flawia spędza zatem czas we własnym towarzystwie, eksperymentując w odziedziczonej po wuju chemicznej pracowni, jeździ na rowerze i ... potajemnie rozwiązuje kryminalne zagadki. Bystrej i ciekawskiej dziewczynce nie straszny żaden nieboszczyk, a tych całkiem sporo, jak na tak małe miasteczko. W  każdym powieściowym tomie nowy trup i nowe zadanie dla Flawii. 

Książki sklasyfikowane zostały jako powieści młodzieżowe. I tu mam zgrzyt. Wydaje mi się, że nastoletniość głównej bohaterki nie powinna być kryterium przy ustalaniu odbiorców powieści. Uważam, że cały zamysł serii: czas akcji - lata 50-te XX wieku, senny klimat miasteczka, błyskotliwe rozważania Flawii, niedzisiejszy i/lub wyszukany język - sprawiają, że seria jak najbardziej spodoba się dorosłym, a nawet przede wszystkim do nich jest kierowana. Zachęcam do lektury.




Temat Flawii na blogu ukazał się nie bez powodu. 
Wydawnictwo "Vesper" zorganizowało na instagramie konkurs na fotografię z książkami tegoż,  przy czym nie chodziło o ilość samych książek, a o pomysł na ich prezentację. W naszym domowym księgozbiorze z Vespera mamy tylko serię o Flawii. Córka moja - Alicja - zgodziła się wcielić w jej rolę, co widać na zdjęciach.  


Pomysł z kościotrupem i wizerunek bohaterki zaczerpnięty został z okładek książek, a wszelkie rekwizyty (szkielet, warkocze, białe elementy sukienki) zostały wykonane metodą chałupniczą, czyli z papieru i starej wełny. Zabawa była przednia, a pomysł owocny, bo zdjęcia zdobyły jedną z trzech przyznanych  nagród. 



     
 W mojej kolekcji zakładek niestety tylko cztery egzemplarze z wizerunkiem Flawii.

poniedziałek, 30 grudnia 2019

Szereg złotych myśli

 

Rozwinęłam funkcję zakładek w szereg, co dało im szereg nowych możliwości. Zawieszone w dedykowanych czynnościach lansują własne zdanie. Niestety, mało zmyślnie i bez wyrazu. Choć mało lotne, szybko ulecą z pamięci. Ciągiem.

piątek, 20 grudnia 2019

Przypieczętować wspomnienia



 
Bezmierność międzyczasu jest zdumiewającym zjawiskiem. Zawieszenie w nim elementów trwać może przelotnym tymczasem lub w nieskończoność. W obydwu wypadkach zastygają w bezruchu - dziejąc się jednocześnie. 
 
W sytuacji takiej są nieczytane książki. Dzieją się w swoich wnętrzach, rozwijają akcję, charakteryzują bohaterów i prowadzą dialogi. Wszystko w jednej chwili, wszystko w jednej przestrzeni. W międzyczasie leżą na półce, zapomniane i niechciane, nieczytane.
 
Otwierając biblioteczną książkę w pierwszej kolejności zaglądałam na pieczątki z datami wypożyczeń. Sprawdzałam, czy książka była doceniona i czy nadal jest poczytna. Z jednej strony z sentymentem oglądałam pieczątki sprzed lat kilkudziesięciu, a z drugiej przykro mi było, gdy świetna lektura odeszła w zapomnienie.
 
W zapomnienie odchodzi także samo pieczętowanie książek, które ustąpiło rejestrom elektronicznym. Szkoda, że nie można już odtworzyć pobytu książki w międzyczasie. Szkoda, że jedynym świadectwem "czytności " jest starta okładka.
 
Spróbuję przynajmniej zapieczętować książkowe wspomnienia.

Zakładki z okresu PRL-u.
 

 
 

czwartek, 5 grudnia 2019

"Była ciemna i burzliwa noc..."




Zdarzyło mi się, z recenzyjnego polecenia, sięgnąć po książkę Italo Calvino "Jeśli zimową nocą podróżny". Ani tytuł, ani autor znany mi nie był, ale skoro trzy powieści tegoż znajdowały się w naszej bibliotece, zaryzykowałam. I tak oto przez jeden przypadkowo przeczytany instagramowy wpis utwierdziłam się w przekonaniu, że jednak w literaturze jeszcze coś mnie może zaskoczyć...

Po pierwsze, książek Calvino na półce w bibliotece nie było, a pewna byłam, że obecnie autor poczytny nie jest, więc gdzie? Okazało się, że za jednym z regałów, w średnio odwiedzanym książkowym korytarzu znajdują się drzwi do magazynu. Magazyn to książek zapomnianych, nieczytanych, klasyki niebędącej chodliwymi lekturami szkolnymi, niezrozumianych i nierozpromowanych. Nie wiedziałam, że taki znajduje się w naszej bibliotece. Wzięłam zatem wszystkie trzy, żeby autora trochę odkurzyć i opieczętować datą wypożyczenia.

"Jeśli zimową nocą podróżny" jest książką dość oryginalną, żeby nie powiedzieć dziwną, z gatunku tych, które trudno komuś polecić, ale równocześnie chce się, aby i ktoś inny się z nią zapoznał, bo raczej warto. Na pewno nie czytałam w swoim życiu książki podobnej, choć podobną niepewność wrażeń miałam przy "Pianie dni" (vel "Pianie złudzeń") Borisa Viana, która także była tzw. bibliotecznym półkownikiem, czyli książką spędzającą egzystencję na półce, a nie w rękach czytelników.

Powieść Calvino traktuje o czytelnictwie w obszernym tego słowa znaczeniu: o Czytelnikach i Czytelniczkach, sposobach tworzenia książek, inspiracjach i wenach, erratach, gatunkach i treściach, plagiatach i wrażeniach. A wszystko to w formie powieści, trochę absurdalnej, trochę zagmatwanej, aczkolwiek trafnej w opiniach i opisie zjawiska jakim jest czytelnictwo.

Na stronie 194 wydania PIW z 1989 roku natrafiłam na uroczy fragment, który stanowi inspirację do napisania tego postu:

Na ścianie naprzeciw mojego biurka wisi plakat, który mi podarowano. Piesek Snoopy siedzi przed maszyną do pisania, a w dymku czytamy zdanie: "Była ciemna i burzliwa noc...". Za każdym razem, gdy tu siadam i czytam "Była ciemna i burzliwa noc" bezosobowość tego incipitu zdaje się przede mną otwierać przejście z jednego świata do drugiego, z czasu i przestrzeni tu i teraz w czas i przestrzeń napisanej strony".

Wszystkim, którzy uwielbiają czytać życzę wielu otwartych przejść.

środa, 20 listopada 2019

Recenzja książki "Noga w nogę" Viliama Klimaćek i Dezidera Tóth






„NOGA W NOGĘ”
Tekst: Viliam Klimaćek
Ilustracje: Dezider Tóth
Tłumaczenie: Maria Marjańska-Czernik
Wydawnictwo "Bis" 2005
Laureatką Międzynarodowej Nagrody im. Janusza Korczaka z roku 1996 – książką „Noga w nogę” zainteresowałam się nieprzypadkowo. Rekomendacja polskiej sekcji IBBY oraz informacja na portalu miastodzieci.pl, iż jest to ”książka, którą trudno znaleźć w przeciętnej księgarni - a poszukać naprawdę warto!” zaintrygowały mnie i postanowiłam sama się przekonać, jak bardzo warto.
Błysk w oczach mojej siedmioletniej wówczas córki, wypieki na twarzy i radosne okrzyki przerywające lekturę dały wzruszającą odpowiedź. Właściwie to zaczarował ją już sam dotyk gładkich kartek oraz zapach kredowego papieru.
Wtedy jeszcze tego nie wiedziała, ale „Noga w nogę” stała się jej pierwszym przewodnikiem... Przewodnikiem po śladach naszego istnienia.

„Noga w nogę” składa się z kroków.
Co krok, to słowo.
Co krok, to obraz.
Słowo, obraz, ślad...
Słowne kroki stawia Viliam Klimaćek. Układa z nich wiersze, opowiastki, ogłoszenia, wywiady, zagadki. Tutaj nikogo nie zdziwi wywiad z tenisówką, ani opowieść wycieraczki bajkopisarza. Tu odkryjemy tajemnicę maszyny do pisania, poznamy symfonię dur-mol skomponowaną przez mola odzieżowego, szafę i wełniany płaszcz. Znajdziemy wierszowaną instrukcję obsługi karpia oraz spotkamy się z panem Aureliuszem, który w nietypowy sposób kolekcjonuje miejsca, w których czuje się szczęśliwy.
Noga w nogę ze słowem idzie obraz. Czasami to słowa tworzą obraz. Czasami obraz uzupełnia słowo. Ilustrator Dezider Tóth podpowiada: spójrz inaczej, uważniej, opacznie. Odkryj osobliwość na biletach, pieczątkach, tapetach, poplamionych obrusach. Rozpoznaj murale na murach, mrozorysunki i deszczoobrazy. Zauważ sztukę w codzienności, sztukę w przyziemności. Nie ignoruj, nie omijaj wzrokiem...
Spójrz:
„Ściany domów są pobazgrane deszczem.
Ściany domów są płótnem, na którym maluje kwiecień, maj... grudzień.
Pogoda jest paletą dla ścian domów.
Domy są galerią pod gołym niebem.” [1]
„Noga w nogę” uwrażliwia i porusza wyobraźnię.
Uważam, że dzięki tej książce dzieci zaczną „się uważnie przyglądać wszystkiemu, co jest na świecie!” [2], odkryją egzystencjalne ślady dalekiej i przed-chwilowej przeszłości. Podążą za nimi, pozostawią kolejne, wydeptają nowe, ciekawe ścieżki...
„Szczęśliwej nogi!
Dokładnego oka!
Dobrego kroku!” [3]

Pani Hanna Diduszko - polonistka, pisarka, pasjonatka literatury dziecięcej, której teksty poznałam dzięki czasopismu Ryms, napisała na swoim blogu, że "Trochę niezręcznie pisać o książce, która zniknęła. Mimo wszystko zrobię to, zachęcając do wytrwałych poszukiwań. Jest bowiem do wyłowienia perła." [4]
Bo rzeczywiście - "Noga w nogę" zagubiła się gdzieś na rynku wydawniczym, a raczej zdaje się, że przemknęła niezauważona. Szkoda, że nie została lepiej rozpromowana i wznowiona. Widać, że rekomendacja IBBY nie wystarczy do osiągnięcia sukcesu w naszym kraju. A w tym wypadku - ogromna szkoda. Dlatego dołączam się do apelu Pani Diduszko - poszukujcie wytrwale w antykwariatach i na aukcjach. Naprawdę warto.
Dodam, że książka została przepięknie wydana - twarda okładka, kredowy papier, dopracowany każdy szczegół. Wizualny i tekstowy majstersztyk.
---------------------------------
[1] "Noga w nogę" Viliam Klimaćek, Dezider Tóth
      Wydawnictwo "bis", 2005, str. 89
[2] Tamże, wewnętrzna strona okładki
[3] Tamże, str. 60
--------------------------------

Na zdjęciu papierowa zakładka amerykańska w klapkowej formie :).

piątek, 15 listopada 2019

Australia

 
 
 
Są książki, o których po przeczytaniu zapominamy, że w ogóle mieliśmy je w rękach. Są książki, które pozostawiają wrażenia na dłużej i choć nie pamiętamy po latach treści, to wiemy, że były świetne. Są również książki, do których trzeba dojrzeć, żeby docenić.
 
"Gdy oślica ujrzała anioła" Nicka Cave'a była tą powieścią, do której dojrzewałam kilkanaście lat. Zakupiona pod wpływem impulsu, gdy w młodym wieku zafascynowana byłam mroczną muzyką artysty, nie przypadła mi do gustu. Nie potrafiłam przebrnąć przez pierwsze strony, mimo kilku prób. Po dziesięciu latach odstania na półce znów trafiła w moje ręce. Jedna z najlepszych książek, jakie czytałam. Trudno powiedzieć, że jest najpiękniejsza, bo przesycona jest mrokiem, złem, zgnilizną i upadkiem wszystkiego. Może dlatego do niej nie wróciłam przez kolejne lata, a może i nie wrócę już do niej w ogóle. Chcę zostawić w pamięci te wrażenia sprzed dekady. 

Kolejna książka Cave'a "Śmierć Bunny'ego Munro" była także świetna, choć nie aż tak przejmująca. Ostatnia zaś "Pieśń torby na pawia" jak dla mnie jest totalną porażką i żerowaniu na fanach i czytelnikach. Przykre jest to tym bardziej, że Cave potrafi pisać, co udowodnił Oślicą. A może to nie ten czas, może to już nie ten dla mnie czas...    

Nick Cave pochodzi z Australi, dlatego australijski egzemplarz zakładki na zdjęciu.

 


niedziela, 10 listopada 2019

Kawa




"Poczęstowałabym Cię kawą, ale umyłam już dzbanek" - tymi słowami Darlene Snell w drugim sezonie netflixowego serialu "Ozark" wyprosiła niemile widzianego gościa.
Nie skorzystałabym raczej z gościnności Snellów, bo zaproszenie na kawę tożsame było z ostatnim posiłkiem. Dlatego oględne wyproszenie to raczej akt łaski niż towarzyski nietakt.
Sztuka dyplomacji w wykonaniu Darlene - znakomita, a seriale na platformie godne polecenia.

Zaprezentowany zestaw zakładek to zrywkowy niemiecki kalendarz z 2006 roku.

  

wtorek, 5 listopada 2019

Przejesiennienie




"Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie jest przykrym okresem"* jeśli dobrze się do tej czynności przygotować.
Jednym ze sposobów na przejesiennienie**  jest zatracenie się w  książkach.  Proces ten w przedzimiu jest znacznie ułatwiony, bo na wydawniczym rynku największy wysyp lektur. Skuteczne zawieruszenie musi nastąpić po sam epilog i od deski do deski - tylko wtedy  spora szansa, że świat o nas zapomni, bo komu by się chciało szperać w stercie makulatury. A jeśli już napatoczy się jakiś "buszujący w" i zacznie czytać nam przez ramię, to można zagrzebać się jeszcze głębiej - po denną literaturę przecież nikt nie sięga ;). Zatem zaczytajmy się po uszy i do dna. Szeleśćmy kartkami, aż liście się zawstydzą.  

Zakładkę zszeleściła i zjesienniła oczywiście moja teściowa. :)

* Tove Jansson "Dolina Muminków w listopadzie"
** od: przezimowanie

niedziela, 20 października 2019

Lub czasopisma

 
Gdyby możliwym było rozszerzyć czasoprzestrzeń w warunkach domowych nadmiar uzyskanego czasu wykorzystałabym na czytanie czasopism.
Odkąd na rynku ukazał się ponownie "Przekrój" zmuszona jestem rozdzierać  dostępne wolne chwile pomiędzy  to co pasjonujące, a to co pasjonujące równie.
I choć o wiele częściej wygrywają w tych wydzierankach książki, to "Przekrój" cierpliwie czeka, aż domowe zmarszczki czasoprzestrzeni zostaną rozciągnięte.
 
Nowego "Przekroju" nie będę porównywać do tego z czasów PRL-u, ponieważ nie dane mi było go kiedyś czytać. Oczywiście pamiętam Profesora Filutka, choć nie wiem, w jakich okolicznościach go poznałam. Obecny "Przekrój" często nawiązuje do zamierzchłych numerów, zamieszcza stare artykuły i humorystyczne historie, wkleja stare zdjęcia, zachowuje podobna szatę graficzną. Równocześnie porusza tematy ważne współcześnie, szczególnie z zakresu ekologii i równych praw, promuje wartościowych twórców (poetów, pisarzy, grafików), a przede wszystkim nieźle kalamburzy.
 
Docenić należy ogromny wkład wydawcy i redaktorów w tak kompletną i kompetentną reaktywację pisma. Na stronie internetowej kwartalnika zakupić można archiwalne numery "nowych" wydań, jak również przeglądnąć w cyfrowym archiwum skany numerów "starych". Zainteresować również mogą niebanalne gadżety związane z pismem i gustowne grafiki przekrojowych artystów.
 
Podsumowując: "Przekrój" to kwartalna lektura uzupełniająca do obowiązkowych czytelniczych przyjemności. Gdy tylko komuś uda się rozciągnąć wolny czas,  zachęcam.